O tym, że deszcz chyba źle na mnie wpływa

0434749_ph131476_s5

Miałam wczoraj pisać artykuł, sprzątać i umówić się do kosmetyczki. Miałam być produktywna, a potem pójść spać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Miałam, ale obudziłam się i po raz pierwszy od ponad trzydziestu pięciu godzin nie padał deszcz.

Zwykle przewracam oczami, gdy ktoś skarży się na pogodę – czasem znajomi i krewni to zapętlona w nieskończoność seria narzekań na to, że słońca nie ma, że wiatr i deszcz, paskudne weekendy i wilgotne wieczory, a niebo ciągle szare, szare, szare. Nie próbuję włączać się w te monologi, bo ostatnio nie mam pogodzie nic do zarzucenia. Nie jest za zimno, by nosić trampki i sukienki, nie jest na tyle wietrznie, bym mogła połamać swój różowy parasol w kropki, opalać się nie umiem, a na plażę i tak się raczej nie wybiorę. No ale trzydzieści pięć godzin deszczu to dużo, wiem o tym. Zatopiło drogę, do domu jeździłam na około, a smutny pan z telewizji stał w czwartek obok zbiornika retencyjnego w Gdańsku i na bieżąco opisywał, jak szybko podnosi się poziom wody. Trzydzieści pięć godzin deszczu sprawia, że pod skórą rośnie coś, co nie potrafi usiedzieć w miejscu, a cichy głos w głowie przypomina o Arkach i potopach.

Ale obudziłam wczoraj i deszcz nie padał. Wszystko było wilgotne i wszystko ciekło. A ja miałam wrażenie, że cały świat utkwił w tej jednej filmowej scenie: stoisz pod prysznicem, podkładasz twarz pod strumień zbyt ciepłej wody i stoisz, na wszystkim osiada para, skrapla się i ścieka, a ty stoisz i myślisz, i starasz się nie analizować swojego życia (i raz za razem ponosisz porażkę), licząc na to, że woda zmyje z ciebie wszystkie wspomnienia (nie zmywa) albo stoisz i myślisz, próbując podjąć decyzję i mając nadzieję, że strumień zmyje z ciebie niezdecydowanie (zmywa), a potem zakręcasz wodę, wszystko ścieka, zostają wilgotne stopy na łazienkowym dywaniku i postanowienie, by zmienić swoje życie.

Obudziłam się i deszcz nie padał, jakby ktoś postanowił w końcu zakręcić wodę. Sprzątnęłam łazienkę. Zjadłam na śniadanie granat, którego sok próbował barwić już czerwone paznokcie i ściekać po palcach jak skroplona para. Spędziłam dwie godziny pisząc, usuwając i pisząc ponownie wciąż ten sam akapit. A potem poddałam się i pojechałam do Ikei po lustro. Nie wiem dlaczego akurat wczoraj i nie wiem dlaczego w ogóle – nigdy w życiu nie posiadałam lustra większego niż to, przed którym się maluję, choć myśl o kupieniu go przychodziła mi do głowy kilkukrotnie w ciągu ostatnich kilku lat. A wczoraj po prostu wstałam i pojechałam do sklepu. Może to kwestia tego, że po głowie chodziła mi ta głupia filmowa scena, która bez lustra pewnie nie byłaby tak efektowna, może faktycznie przestałam się bać własnego odbicia albo naprawdę potrzebowałam wymówki, żeby nie pisać, a od dawna odkładany zakup pasował idealnie. Możliwe też, że nie ma żadnego znaczenia ani powód, dla którego zakupiłam sześćdziesiąt siedem setnych metra kwadratowego szklanej tafli, którą teraz widzę kątem oka ani to, że wczoraj nad sklepem malowała się tęcza.

Może znaczenie ma jedynie to, że od wczoraj nie pada?

O chemii

12331929_589357407878165_946287818_n

Na wydziale chemicznym odbywał się i dopiero co skończył Bałtycki Festiwal Nauki. To znaczy, odbywał się na całej politechnice, ale nie przeszkadzało mi to mieć wrażenia, że u nas jest go najwięcej. Nie wiem, może dzieci najłatwiej jest zwabić tym, co wybucha, śmierdzi czy błyska światłem w dziwnym kolorze? Albo po prostu, tutaj przeszkadzają mi one bardziej, bo wszystkie ciche miejsca, w których można spędzić przerwy między zajęciami są nagle głośne i tłoczne, każdym korytarzem przechodzę, lawirując między uczniami?

W każdym razie, trwał Festiwal. Ci prowadzący, którzy zwykle chodzą po wydziale w koszulach i marynarkach albo przynajmniej w fartuchach, nagle przywdziali koszulki festiwalowe, ci spokojniejsi snuli się po uczelni, szukając (i nie znajdując) sobie miejsca, ci starsi zaszywali się w gabinetach – swoich i cudzych – i nie sposób ich było odnaleźć. Za to korytarzami dreptały grupki skrzatów starających się nie zgubić Pani, szukających łazienki lub przymierzającymi dumnie najmniejsze okulary laboratoryjne, jakie w życiu widziałam. Po uczelni wędrowały też grupy uczniów (na moje oko, gimnazjalistów), które deptały nam po stopach i torbach, zbyt zajęte rozglądaniem się, by patrzeć pod nogi i które na końcu oznajmiały dumnie patrz, wyglądamy jak studenci! ( a ja nie miałam serca wyprowadzać ich z błędu).

W połowie wykładu coś wybuchło za oknem. Po prawdzie, nie zdziwiło nas to zbytnio – możliwe, że kiedyś przez ten brak zainteresowania eksplozjami zginiemy marnie, ale na razie, na razie stanowiło to jedynie ciekawy element wykładu. Prowadzący na chwilę przerwał kolejne z rzędu wyprowadzenie wzoru i zapatrzył się na kłąb dymu w dziwnym odcieniu zieleni, który unosił się za oknem, wyraźnie odcinając się odcieniem od drzew. Nie miałam siły zastanawiać się, co to dokładnie było, choć pewnie nietrudno byłoby się dowiedzieć – słońce rozleniwia, równania na fizykochemii roztworów rzeczywistych jeszcze bardziej. Może lepiej wróćmy do wykładu.

Dopiero w przerwie, gdy z koleżanką zdecydowałyśmy się iść po kawę na drugi koniec politechniki, ona w pewnym momencie nachyliła się nade mną i powiedziała: to w sumie trochę oszustwo, wiesz? Naopowiadają dzieciom o cudach chemii, naobiecują wybuchów, one pójdą na studia i co? Okaże się, że wybuchy zdarzają się dopiero, gdy coś pójdzie nie tak. A i tak wtedy rzadko…

Może faktycznie warto mówić dzieciom, że tu rzadko coś wybucha, że głównie śmierdzi, że zapach marcepanu zaczyna się ludziom kojarzyć bardziej z aldehydami niż słodyczą, a na studiach będą pewnie strasznie chciały nie wyglądać jak studenci polibudy?

O lecie

18252661_1521886647823155_1939998017062961152_n

To nie jest tak, że moje lata znacząco różnią się od pozostałych pór roku – pracy jest, ile było, dopada mnie też czasem wrażenie, że tylko ja, sama, tylko mi brak życia towarzyskiego (co, na szczęście, dość szybko mija). Jak zimą czy jesienią wszelkie potwory i lęki wychodzą spod łóżka z podobną częstotliwością.

A jednak, jednak radości wydają się być nieco bardziej wyraziste, zdają się być bardziej esencjonalne. Myślę o chwilach przerwy między zajęciami, które spędzam z twarzą zwróconą ku słońcu (ja i kwiaty, przez moment wiedzione tym samym odruchem) i jest mi lżej. Myślę o sukience w kwiaty, o plecaku i roztopionych lodach ściekających po palcach. O chwilach, kiedy zbaczam z drogi i zamiast od razu kierować się na korepetycje (bo matematyka i chemia, bo zadania same się nie wytłumaczą), rezygnuję z najkrótszych dróg, by popatrzeć na morze. Myślę o ludziach, których krok wydaje się bardziej sprężysty i o nieco lżejszych spojrzeniach. O zapachu morza, który chowa się we włosach i wraca ze mną do domu, o politechnicznych tulipanach, które wyrastają pod wydziałem chemicznym, nie przejmując się docierającymi z laboratorium oparami ani tym, że tutaj pierwiastki są nawet wyrzeźbione na poręczach schodów. O gruszkowej lemoniadzie z dodatkiem szałwii, o muzyce w słuchawkach i śpiewie ptaków dobiegającym zza otwartego okna. O bańkach mydlanych skrzących się w słońcu, o niebie, które wydaje się jeszcze bardziej niż zwykle bezkresne. O zieleni drzew, której szlak zdaje się ciągnąć aż po horyzont i dalej. O kwiatach czereśni i pierwszych motylach.

Myślę o tym, wszystkim, co dla mnie nierozerwalnie wiąże się z latem i oddycha się lżej. Myślę o tym, bo teraz właśnie jest łatwiej do tych myśli wracać, bo wychodzą na powierzchnię wabione ciepłem i światłem. A kiedy wychodzą, przez sekundę, chwilę, moment zaczerpnięcia oddechu jest lekko, a po głowie krąży Neruda i jego noc przychodzi i zaczyna śpiewać mi. 

Jest pięknie, zachwycająco, przyśpieszająco-krew-w-żyłach, niewiarygodnie pięknie.

Co dla was jest esencją lata?

18380547_444801509187308_2500821686794846208_n

O niczym szczególnym, właściwie

 

hello-may

Ostatnie tygodnie jakoś wymknęły mi się z rąk, rozsypały się jak plik kartek w letni dzień. Czasem tak bywa. Zwyczajnie brakuje czasu lub słów, lub słów, które miałyby jakieś znaczenie w tym czasie.

Maj nie zaczyna się tak, jak miał się zaczynać. Nie zaczyna się tak, jak chciałam, żeby się zaczął. Plany posypały się jakoś, majówkę spędzam w domu, moja mama utożsamia odpoczynek z remontem i kompletnie nie rozumie idei czasu przeznaczonego na odpoczynek. A jej geny (wychowanie) szepczą mi do ucha wieczorami o powtórce materiałów, którą mogłabym zrobić w tym czasie. Na zewnątrz jest o wiele za zimno na godziny spędzane na leżaku i spacery w koszulce z krótkim rękawem. Złamałam paznokieć i nagle okazało się, jak ciężko mi się żyje bez paznokci wystarczająco długich, by coś nimi podważyć lub podnieść z ziemi.

Czasem tak bywa.

IMG_20170428_200523.jpgPrzekonuję samą siebie, że nie wszystko musi być takie, jakie to zaplanowałam i że nie wszystko musi być perfekcyjne. W dni, takie jak ten, nawet mi się to udaje. Bo mogło być szaro, deszczowo i wstrętnie, a jednak słońce przygląda mi się przez szybę. Niebo jest błękitne i bezchmurne. Nawet jeśli nie widać jeszcze lata na horyzoncie, na pewno czuć je w powietrzu. Przynosi je delikatny wiaterek, nadmorska bryza, która zabłądziła gdzieś w drodze na plażę. Jest pięknie.

Kupiłam sobie nowy lakier do paznokci, który skrzy się jak gwieździste niebo nawet wtedy, gdy pomalowane nim paznokcie są absurdalnie krótkie. Kupiłam pełno, pełno książek, które czekają na mnie z niecierpliwym podekscytowaniem. Kupiłam szkicownik, w którym będę rysować wianki – skoro w okolicy nie ma kwiatów, równie dobrze mogę stworzyć je sama. Jutro idę na zakupy i obiad, będę jeść w słońcu, będę jeść w marokańskiej restauracji, w której jeszcze nie byłam i będę bawić się dobrze. Z głośników płynie muzyka, melodia wydaje się miękka i przytulna, a ja nie wiem, czy to zasługa piosenki, czy wyczekiwanej chwili wolnego. Nie ma to znaczenia, i tak jest pięknie.

Poszłam rano na spacer z psem (w bluzie, bo jednak nie jest tak ciepło i z mokrymi włosami, bo jednak jest maj). Pies biegał po polu, merdając ogonem. Oglądał się za siebie, upewniając się co jakiś czas, czy na pewno go gonię, czy na pewno bawię się z nim. A potem ułożył się w cieniu i zasnął. A ja przyglądałam się mu, zastanawiając się, na co ja właściwie narzekam? Skoro pies uznaje te pierwsze dni lata za idealne wakacje to czemu by nie przyjąć, że widzi więcej i wyraźniej? Czemu po prostu nie uznać, że jest pięknie?

 

O rodzinie?

IMG_20170417_172012.jpg

Moja babcia robi na drutach, dzierga, siada przy maszynie do szycia i przerabia firany kupowane w second-handach. Ma w domu rzeczy, o których nie mam pojęcia, a o których wiem jedynie, że mają coś wspólnego z tymi zajęciami. Robi serwetki, z których potem nie korzysta, swetry, które czasem pruje i dzierga ponownie. Czasem wzrusza ramionami i mówi muszę mieć jakieś zajęcie, nie umiem usiedzieć w miejscu. Upijam łyk herbaty, patrzę na nici czy włóczki i mówię no wiem, bo ciężko byłoby tego nie zauważyć.

Moja mama nauczyła się robić na drutach, kiedy miała kilka czy kilkanaście lat i siedziała chora w domu – babcia przed wyjściem do pracy dała znudzonemu dziecku druty i włóczkę, żeby się czymś zajęło podczas jej nieobecności. Też kiedyś próbowałam robić na drutach – miałam niezdarność wymalowaną na dłoniach, napięcie w ramionach i przestrzeni pod mostkiem, a dziesięć minut później mama wybuchnęła śmiechem na widok moich prób. Nie próbowałam już więcej.

Mama robiła na drutach. Właściwie, robiła chyba wszystko. I wszystko doskonale jej wychodziło. Pamiętam kwiaty, i fragmenty zielnika malowane na drzwiczkach szaf, które potem przez lata stały w garderobie. Czapki i szaliki robione na drutach. Romby wycinane z ciasta i posypywane cukrem. Malowane i szyte patchworki, ścianę w mojej szkole, na której widniał bajkowy świat pełen kwiatów i skrzatów.

Nie pamiętam tylko, kiedy ostatnio moja mama coś malowała, dziergała, robiła na drutach. Czasem kupuje włóczki, ogląda w internecie dwieście różnych kolorów, pyta o to, który z pięciu odcieni niebieskiego jest lepszy i nigdy nie kieruje się naszymi radami. Na któreś urodziny dostała książkę do kolorowania i kredki – perfekcyjnie naostrzone kredki zbierają kurz, książka leży gdzieś w domu, a w reakcji na wszelkie pytania, mama mówi, że nie ma czasu na głupoty, a ja przez moment jestem sfrustrowana i smutna, i mam ochotę krzyczeć.

Ostatnio wracam myślami do tego tematu. Myślę o tym, jak mojej mamie z łatwością wychodziły wszystkie artystyczne rzeczy, za które się zabierała i jak mnie to deprymowało w dzieciństwie. O tym, jak teraz nie robi żadnej z tych rzeczy i o tym, jak moja babcia nie chce albo nie potrafi przestać. O tym, że sama miewam palce pobrudzone tuszem, kolorowe ślady farb na przedramionach, biurko zawalone kartkami i dziecięcą ochotę, żeby podsunąć mamie pod nos kolorowe kartki i powiedzieć zobacz, sama to zrobiłam.

IMG_20170312_103652_733

O koncertach

dsc_3748-5415433ad570c
Zdjęcie stąd, żeby nie było.

Jest taki rodzaj lęku, który przychodzi, gdy mamy sięgnąć po ukochaną książkę sprzed lat, powrócić do miejsca uwielbianego w dzieciństwie czy w jakikolwiek inny sposób zetknąć się z jakimś dawnym obiektem zachwytu. Czasem jestem go doskonale świadoma, czasem przychodzi znienacka i dopiero po odłożeniu książki czy opuszczeniu jakiegoś miejsca uświadamiam sobie, że trochę wstrzymywałam oddech. Bo może się okazać, że nie ma już żadnych zachwytów i żadnych uniesień, bo tam, gdzie kiedyś znajdowały się łzy wzruszenia czy wypieki fascynacji, jest tylko znużona obojętność. Jest przecież szansa, że nie ma już nawet resztek nostalgii, że nawet ona ustąpiła miejsca kręceniu głową, cichemu jak to jest strasznie napisane… czy co ja w tym widziałam? A wtedy miłe wspomnienie wyblaknie, zatrze się, pęknie jak bańka mydlana i tyle będzie z tych wszystkich wieczorów spędzonych nad lub z czymś.

Czasem łapię mnie ten lęk. Wracam co jakiś czas do ukochanych książek, otwieram je zawsze z lekką tremą i niepokojem. Przypadkiem widzę w telewizji film czy serial, który kiedyś kochałam i waham się, czy obejrzeć, czy szybko zmienić kanał. Trafiam na miejsca, w których przesiadywałam w dzieciństwie i czuję się jakbym patrzyła w krzywe zwierciadło – wszystko jest powykręcane, dziwaczne, odbiegające od tego, co mam w głowie, a ja nie jestem pewna, który z obrazów jest bardziej prawdziwy.

Tak samo boję się czasem, gdy idę na koncert. Jest we mnie obawa, że może na największe zachwyty jest czas między trzynastym a osiemnastym rokiem życia i te niedające się opisać, niewiarygodne euforie koncertowe skazane są na stopniowe blaknięcie w moich wspomnieniach. Zastanawiam się, czy przypadkiem moja sympatia do koncertowych tłumów nie była tylko przejściowa i czy wyjdę kiedyś z klubu ubrana w irytację i zniechęcenie, złoszcząc się na tłumy, ludzi, zapach piwa i za głośną muzykę. A potem przytrafia się, przydarza jakiś koncert, który sprawia, że coś mieszkającego pod skórą zapewnia, że jeszcze nie, może nigdy nie…

Wciąż jest coś fantastycznego w tym, jak muzyka daje się wyczuwać pod stopami, jak rytm wsiąka pod skórę i przestaję być pewna, czy wyczuwam wibracje, czy bicie własnego serca. Jest coś świetnego w tym, jak tłum ludzi, który napiera i depcze, nagle przestaje być irytujący, bo reaguje na te same dźwięki tym samym zachwytem i zdaje się mieć pod skórą ten sam głód energii. I nagle chce mi się śmiać, chce mi się uśmiechać – od tak, bo nagle wiem, że jestem tu i teraz, bo to zestresowane zwierze we mnie przeciąga się jak leniwy kot odpoczywający na słońcu. Ten supeł we mnie rozwija się i rozplata, choć przez moment nie martwię się niczym, a zamiast niepokoić się, kocham muzykę pod skórą, uśmiech ze sceny i głos, i feerię barw, z których utkane są światła, i słowa, i ręce wyciągnięte wysoko ku górze.

O nostalgiach

monachopsis-obscure-dictionary

Przykleiła się do mnie nostalgia, przykleiła i trzyma. Nie jestem w stanie do końca ustalić od kiedy. Może gdzieś w kinie, między jedną a drugą melodią ze ścieżki dźwiękowej, wypełzła spomiędzy dekoracji, spod kinowych foteli. Może przywarła do rąk w chwili zakupu biletów i od początku nie miałam z nią żadnych szans. Myślę, że była tam, gdy wczoraj z kinowych foteli podnosiłyśmy się niechętnie, nie godząc się na pozostawienie za sobą kinowej atmosfery.

Nim pozbierałyśmy torby i płaszcze, para z ostatniego rzędu opuściła salę, wymieniając się uwagami o tym, jak bardzo nie podobał im się ten film. What a waste of a lovely night, powinni byli powiedzieć, ale był środek zaskakująco słonecznego dnia, a oni wyglądali bardziej na wzruszenie ramion i roztargnione do kitu niż rzucanie cytatu z filmu, który właśnie im się nie spodobał. A potem już tylko chłopak sprzątający kinowe sale, który patrzy na nas wyczekująco, pozostając na granicy niecierpliwego tupania nogą, gdy zbieramy się do wyjścia – ostatnie, ale wciąż w czasie napisów. Potem myśl, że przecież kiedyś oglądałyśmy napisy do końca, aż do ostatniej linijki, aż do nazwisk osób zajmujących się cateringiem i czarnego ekranu i nikt nas wtedy nie poganiał. A potem oślepiające zimowe słońce, przekonanie, że z kina powinno wychodzić się wyłącznie wieczorem, wyłącznie na pochmurną lub gwieździstą noc. I świadomość, że i niezadowolonej parze,
i zniecierpliwionemu sprzątaczowi raczej obce jest to wrażenie.

Może nostalgia złapała mnie gdzieś w okolicach przedwczorajszych urodzin. Przyszła z iskrą lęku na myśl, że czas mija nieprzerwanie i nieubłaganie. Z powiewem obojętności, który każe przyjrzeć się dziecku pod skórą z politowaniem i powiedzieć masz urodziny, super, co z tego? Mimo wszystko, dziecko wygrywa, tupie nogą i namawia na zrezygnowanie z biegania, zrezygnowanie z obowiązków i powinności, pulchnym palcem wskazuje na wieczór spędzony z rodzicami na oglądaniu głupawych seriali. A ja mu ulegam, zmęczona pograniczem, nieobojętność i niedziecko, ale na pewno nostalgia.

Może nostalgię znalazłam w filiżance kawy, na którą poszłyśmy po kinie. Może wspinała się po zacieku na bieli, gdy rozmowy innych ludzi były za głośne, dekoracja z książek zamkniętych w gablocie nieco łamała mi serce, a nad książkowym więzieniem wisiał cytat z Orwella. Może kiedy na usta cisnęło mi się głupie czemu nie pochwaliłaś się diagnozą od psychiatry?, którego w końcu nie wypowiedziałam na głos, a które od wczoraj stoi mi w gardle i nie pozwala otrząsnąć się z poczucia absurdu.

Może sęk w tym, że to ja jestem nostalgią i melancholią, może ja brudzę filiżanki, bilety do kina i urodzinowe życzenia. Zwalam winę na świat, twierdzę, że La la land to nie jest film na wychodzenie z nostalgii, że Wieloryby i ćmy Twardocha, i szarość, i deszcz to nie warunki do wychodzenia z nostalgii. Ale może z niej nie da się wyjść, bo ona nie przychodzi z daleka, a jedynie wzbiera we krwi? Może powinnam wzruszyć ramionami, spod półprzymkniętych powiek przyglądać się urywkom zdań bez początków i końców, które senność skleja ze sobą tak, że zrozumiałe są jedynie w półśnie, a wypowiadane na głos okazują się być zupełnie bezsensowne. Może powinnam przeciągnąć się leniwie, napić kawy i – pełna nieprzegonionej niczym senności – zauważyć: what a waste of a lovely night.