O słowach

tatu

Czasami spotykam się z kimś, kogo znam od wieków i wyłapuję spomiędzy jego słów obce frazy. Nie wiem, czy nasłuchuję ich ciągle, podświadomie analizując to, co słyszę, czy może obce nuty w dobrze znanej linii melodycznej każą zatrzymać się i wsłuchać w konkretną wypowiedź. Grunt, że jest w tym coś z tego zwierzęcego odruchu, który każe psom obwąchiwać ubrania i dłonie właścicieli w poszukiwaniu innych miejsc i zwierząt.

Różne są te słowa. Czasem wplatają się one w infrastrukturę zdań miękko i bez wysiłku, sprawiają wrażenie, jakby tkwiły w słowniku danej osoby od dawna, od zawsze – używane, lecz z jakiegoś powodu niezauważone lub dotąd przyczajone, wyczekujące na moment, kiedy usta nauczą się je wymawiać tak, jak chciałyby być wymawiane. Są też frazy, które budzą we mnie sprzeciw, wywołują skojarzenia z porysowaną płytą i dźwiękiem, który pojawia się tam, gdzie nie miało go być. Słowa, które bardziej odczuwam niż słyszę, przez które coś pod moją skórą kuli się i krzywi, a ja nie wiem, czy to przez moją niezgodę na tę zmianę, czy przez dysonans, który odczuwałabym również, słysząc z ust poważnej, słownikowo konserwatywnej osoby słowo elo. Ale niektóre wyrażenia budzą mój uśmiech, bo dostrzegam w nich innych ludzi, widzę w nich znajomych ze studiów, współpracowników, nowego chłopaka, czasem samą siebie – i to są słowa, która przedostają się na listy najczęściej używanych wyrażeń ukradkiem, przeciekają do nich w czasie dziesiątek odbywanych rozmów, przywodzą na myśl wspólnie spędzone chwile.

Ciekawa jestem czasem, czy ktokolwiek przygląda się tak mojemu słownictwu. Wydaje mi się, że słychać w nim mnie, moje ukochane książki, melodie najczęściej słuchanych piosenek, a także wszystkich ludzi, którzy są lub byli dla mnie ważni. Są słowa, które wymawiam czasem i rozpoznaję jako niemoje, o których wiem, że przychodzą mi do głowy ze względu na skojarzenie z inspirującymi mnie w jakiś sposób rzeczami i osobami. Są też takie, których pochodzenie zatarło się w pamięci – może krążą w żyłach od pokoleń lub przejęłam je już w czasie nauki mówienia, może są echem innych żyć i innych miejsc. Takie, które pchają mi się do ust, gdy jestem zdenerwowana (każąc zastanawiać się w duchu, czy jest jakiś maksymalny limit powtórzeń słowa generalnie i ile razy już go przekroczyłam), takie, których nie wypowiadam nigdy na głos, a jedynie piszę i takie, które podobno plączą się między językiem a podniebieniem zawsze wtedy, gdy jestem koszmarnie zmęczona lub lekko pijana (dlaczego?).

Zastanawiam się czasem, ile jest rodzajów słów, które wypowiadamy.

O tym, że deszcz chyba źle na mnie wpływa

0434749_ph131476_s5

Miałam wczoraj pisać artykuł, sprzątać i umówić się do kosmetyczki. Miałam być produktywna, a potem pójść spać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Miałam, ale obudziłam się i po raz pierwszy od ponad trzydziestu pięciu godzin nie padał deszcz.

Zwykle przewracam oczami, gdy ktoś skarży się na pogodę – czasem znajomi i krewni to zapętlona w nieskończoność seria narzekań na to, że słońca nie ma, że wiatr i deszcz, paskudne weekendy i wilgotne wieczory, a niebo ciągle szare, szare, szare. Nie próbuję włączać się w te monologi, bo ostatnio nie mam pogodzie nic do zarzucenia. Nie jest za zimno, by nosić trampki i sukienki, nie jest na tyle wietrznie, bym mogła połamać swój różowy parasol w kropki, opalać się nie umiem, a na plażę i tak się raczej nie wybiorę. No ale trzydzieści pięć godzin deszczu to dużo, wiem o tym. Zatopiło drogę, do domu jeździłam na około, a smutny pan z telewizji stał w czwartek obok zbiornika retencyjnego w Gdańsku i na bieżąco opisywał, jak szybko podnosi się poziom wody. Trzydzieści pięć godzin deszczu sprawia, że pod skórą rośnie coś, co nie potrafi usiedzieć w miejscu, a cichy głos w głowie przypomina o Arkach i potopach.

Ale obudziłam wczoraj i deszcz nie padał. Wszystko było wilgotne i wszystko ciekło. A ja miałam wrażenie, że cały świat utkwił w tej jednej filmowej scenie: stoisz pod prysznicem, podkładasz twarz pod strumień zbyt ciepłej wody i stoisz, na wszystkim osiada para, skrapla się i ścieka, a ty stoisz i myślisz, i starasz się nie analizować swojego życia (i raz za razem ponosisz porażkę), licząc na to, że woda zmyje z ciebie wszystkie wspomnienia (nie zmywa) albo stoisz i myślisz, próbując podjąć decyzję i mając nadzieję, że strumień zmyje z ciebie niezdecydowanie (zmywa), a potem zakręcasz wodę, wszystko ścieka, zostają wilgotne stopy na łazienkowym dywaniku i postanowienie, by zmienić swoje życie.

Obudziłam się i deszcz nie padał, jakby ktoś postanowił w końcu zakręcić wodę. Sprzątnęłam łazienkę. Zjadłam na śniadanie granat, którego sok próbował barwić już czerwone paznokcie i ściekać po palcach jak skroplona para. Spędziłam dwie godziny pisząc, usuwając i pisząc ponownie wciąż ten sam akapit. A potem poddałam się i pojechałam do Ikei po lustro. Nie wiem dlaczego akurat wczoraj i nie wiem dlaczego w ogóle – nigdy w życiu nie posiadałam lustra większego niż to, przed którym się maluję, choć myśl o kupieniu go przychodziła mi do głowy kilkukrotnie w ciągu ostatnich kilku lat. A wczoraj po prostu wstałam i pojechałam do sklepu. Może to kwestia tego, że po głowie chodziła mi ta głupia filmowa scena, która bez lustra pewnie nie byłaby tak efektowna, może faktycznie przestałam się bać własnego odbicia albo naprawdę potrzebowałam wymówki, żeby nie pisać, a od dawna odkładany zakup pasował idealnie. Możliwe też, że nie ma żadnego znaczenia ani powód, dla którego zakupiłam sześćdziesiąt siedem setnych metra kwadratowego szklanej tafli, którą teraz widzę kątem oka ani to, że wczoraj nad sklepem malowała się tęcza.

Może znaczenie ma jedynie to, że od wczoraj nie pada?

O czym?

679981e15a0e769df045f9bb96d0b55f

trzeba śnić cierpliwie
w nadziei że treść się dopełni
że brakujące słowa
wejdą w kalekie zdania
i pewność na którą czekamy
zarzuci kotwicę

Śnię ostatnio dziwne sny, które najpewniej nic nie znaczą. Śnię sny-odpryski, resztki tego, co przechodzi mi przez głowę, okruchy skojarzeń i niezaistniałych strumieni świadomości. Są włosy wypadające garściami, dziwne kłótnie o regulamin krytych pływalni (kiedy ja ostatnio byłam na basenie?), niedokończone konwersacje i zdania, które miałam pamiętać po przebudzenia, a po których zostaje tylko sfrustrowane przeświadczenie, że miały one jakieś znaczenie. Sen o wypadaniu włosów to dobry znak, mówi mama, to znaczy, że idą zmiany. A ja nie wiem, jakie zmiany mogłyby przyjść same z siebie i od kiedy uważa zmiany za dobry omen. Wiem tylko, że mam w głowie za dużo niedopowiedzianych myśli i stąd te sny.

Codziennie rano obiecuję sobie, że będę jeść rozsądniej (nie dietetycznie, nie fit, nie cokolwiek jest teraz w modzieale zdrowiej) i codziennie zasypiam z poczuciem winy, że nie udało się znowu, a ja nawet nie potrafię wyjaśnić czemu. Dobrze, że nie planowałam odstawiać kofeiny – środku nocy mam ochotę na mocną kawę pitą z ciężkiej, wielkiej filiżanki. Moje wracanie do jogi jest, póki co, bardziej na papierze i w niedopracowanych planach niż w realizacji. Robię za dużo albo nic, nie można tego nawet nazwać balansowaniem po linie, bo nie potrafię nawet złapać równowagi. Przeczytałam w zeszłym tygodniu może ze trzy, cztery strony, nie napisałam żadnej. Snułam się po domu bez celu, z masą planów i bez żadnej chęci do ich realizacji. Śnię, kiedy nie śpię. Zamykam oczy i słyszę szum morza.

Z drugiej strony, widuję się ze znajomymi częściej niż zwykle. Od ponad tygodnia mam czerwone paznokcie. Chodzę w sukienkach i trampkach, myślę nad kolejnym tatuażem i umiem obsługiwać aeropress. Nauczyłam się, sama nie wiem kiedy i jak, pić gorzką, czarną kawę. Co jakiś czas zdarza mi się dojrzeć swoje odbicie w witrynie sklepowej czy szybie i, po raz pierwszy w życiu, obdarzyć je sympatią.

To dziwne uczucie.

Patrzę w lustro i nie widzę wyłącznie samych ale. Sama sobie utrudniam życie, miotam się bezsensu, a jednocześnie przesuwam palcami po nodze i zaskoczeniem uświadamiam sobie, że lubię swoją skórę, długie paznokcie, sposób, w jaki napinają się mięśnie i przesuwają ścięgna, gdy opieram stopy o stół. Kiedy to się stało? To jedna z tych rzeczy, których nie przegadam, nie poruszę w rozmowie, bo brakuje mi słów, żeby je opisać. To jedna z tych rzeczy, które są absolutnie, całkowicie nowe i kiedy stoję pod prysznicem (gdzie indziej mogłabym się nad tym rozmyślać?), zastanawiam się, czy to wszystko nie wynika z tego, że jakaś cząstka mnie jest tą zmianą kompletnie, całkowicie przerażona.

Happiness, hit her like a train on a track
Coming towards her, stuck still no turning back…

O gnaniu

summerrain_jvumo6dq

Zdarza się, że czas płynie szybciej. To normalne. Liniowość czasu zawsze zdawała mi się być bardziej subtelną sugestią niż czymkolwiek innym, trudno się więc dziwić, że i moje poczucie czasu ma do tej idei stosunek co najmniej sceptyczny. Tak więc czas wydaje się nie płynąć, a pędzić na złamanie karku. Nie narzekam, broń boże, bo temu gnaniu nie towarzyszy paniczne poczucie, że z czymś się nie wyrobię, ani sesja, ani świadomość, że nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatnio przespałam spokojnie noc czy jadałam posiłki z jakąś regularnością. To jest właśnie to gnanie, które dobrze mi robi.

To gnanie ściąga mnie z łóżka przed siódmą rano, sprawia, że ciągle coś robię i chcę coś robić, przyczynia się do tego, że słyszę ciągle nie ma cię w domu albo dawno nie widziałam cię tak radosnej, zakochałaś się? A ja wzruszam ramionami między robieniem sobie kawy a szukaniem czegoś w miarę zjadliwego, co mogłabym ze sobą zabrać. A ja śmieję się, bo kiedy mówię to nie tak, po prostu robię coś fajnego, moja mama kręci głową i pyta takie ładne chłopaki siedzą w tym laboratorium, że ciągle tam jeździsz? 

Nie tłumaczę. Nie muszę, bo gnam, bo jedną nogą jestem już poza domem. Z resztą, moje gnanie to jej gnanie, a jej gnanie to gnanie babci – mogę tylko przyjąć tę mieszankę genetyki i wychowania, mogę tylko docenić absurd tego, że parę lat temu w kłótniach obie zgodnie twierdziłyśmy, że nie mam w sobie żadnej z jej cech (ona z wyrzutem, ja z radością) i obie w ogóle nie miałyśmy racji. Bo przecież moje gnanie to jej gnanie. Ten sam podszept, który każe jej w sobotni wieczór jechać z pomocą (bo przecież pani X nie ma ogrzewania, dzieci małe, wieczór zimny, może uda mi się pomóc?), sprawia, że uznaję Kaja tak ogarnia, że ja nie muszę, w sumie kompletnie nie wiem, na jakim etapie są badania za jeden z lepszym komplementów ostatniego czasu. I dokładnie ten sam podszept ma na myśli babcia, gdy mówi było mi ciężko po śmierci dziadka, ale przecież trzeba się było tobą zająć, gdy twoi rodzice pracowali, trzeba było wstać i gnać i jeszcze to mnie, w gruncie rzeczy, uratowało.

Miałam pisać o czymś zupełnie innym, wiecie? Ale chyba powoli dociera do mnie, że moje uparte uciekanie od tych wszystkich cech, których nie lubię w swoich krewnych, tak naprawdę mnie do nich przybliża. Że gnam, owszem, przed siebie, ale nie po linii, a po okręgu.

Jak już pisałam, liniowość nigdy nie była mi jakoś szczególnie bliska.

O tym, bez czego byłoby mnie mniej

18888553_448890782145058_6325800233536061440_n

Miałam napisać coś zupełnie innego, naprawdę. Miałam pisać o maju, skrobnąć (wystukać?) tekst przemyślany i oparty na pewnym schemacie, ale stałam zbyt długo pod prysznicem, spod kafelków i spomiędzy żeli pod prysznic zaczęły wychodzić słowa i okazało się, że nie mam na to najmniejszych szans. Bo nie przyszedł do mnie ani maj, ani żadne podsumowania. Przyszło do mnie wspomnienie blogowego tekstu, który czytałam miesiąc czy może kwartał temu i którego autora w ogóle nie pamiętam (jak ktoś będzie miał jakieś skojarzenia, chętnie przyjmę i podlinkuję). A konkretniej: przyszło mi do głowy zdanie bez czego byłoby mnie mniej. 

Pisałam już o tym, że czasem dogania mnie jakieś zdanie, szarpie za rękaw i dopomina się o uwagę. Po prostu to, co wydaje się być początkowo fajnym zabiegiem literackim czy przyjemnym pomysłem na tekst, odkłada się w głowie i czeka na dogodny moment. A potem, w odpowiedniej dla siebie chwili, nachyla się nad moim uchem i pyta bez czego byłoby cię mniej, dziewczynko? Jedyne, co mogę zrobić to zapatrzeć się w swoje odbicie i powiedzieć no właśnie? bez czego?

Czasami odpowiedź na to pytanie przychodzi bez trudu, bo mam w głowie całą listę cech, na których mogłabym oprzeć swoje jestestwo. Powiedziałabym wtedy, bez najmniejszego wahania, że bez ciekawości, obowiązkowości, bez tego, co może kiedyś mnie zabije, ale na razie każe iść do przodu i zaglądać za każdy możliwy róg. Czasem na to pytanie nie ma żadnej odpowiedzi, bo cała jestem wahaniem, niezdecydowanym przestępowaniem z nogi na nogę. Wtedy nawet nie ma sensu zaczynać wypowiedzi, bo najlepszym adwokatem diabła jestem tylko w rozmowach z samą sobą, na każde prawdopodobnie przypada dwanaście z drugiej strony i nie ma sensu pytać mnie nawet o ulubiony kolor. Czasem po prostu jestem lękiem i poszukiwania tego, bez czego byłoby mnie mniej sprowadzają się do pytania o to, czy mogę uznać lęk za część siebie. Czy to jest coś, co mi się przydarza, czy coś co jest we mnie? Czy wynika on z budowy moich toków rozumowania, czy moje myśli zbudowane są na fundamencie z lęków i niepokoi? Czasami mam pod skórą to ciepłe uczucie, które nie jest przeciwieństwem lęku (które potrafi z nim, jakimś cudem, współistnieć), a które przekonuje mnie, że mogę być wszystkim, czym tylko chcę i nie muszę wybierać, bo cały świat to wielka patchworkowa narzuta, której nie powinno się oglądać przez pryzmat czerni i bieli.

Lubię to uczucie. Lubię te dni, kiedy moje myśli nie próbują zamykać się w tych ramach, kiedy potrafię zaakceptować fakt, że jest we mnie ta bezlitosna konsekwencja, którą podziwia moja mama, a która mówi będę to robić i od razu rusza z miejsca, a obok niej mieszka mała dziewczynka, która mówi będę dorosła jutro, teraz popatrzmy na chmury. Cieszą mnie dni, kiedy wiem, że życia przeżywane w sposób konsekwentny podziwiam tak, jak podziwiam minimalistyczne mieszkania i wielkie samochody – z oddali, z podziwem dla ich estetyki i świadomością, że w ogóle się w nich nie odnajduję.

Może to jest odpowiedź na to pytanie? Może cały ten post jest, w gruncie rzeczy, odpowiedzią na pytanie bez czego byłoby mnie mniej? A jedyna odpowiedź, której mogę udzielić brzmi: byłoby mnie mniej bez tych toków myślowych wydarzających się bez widocznej przyczynowości i konsekwencji, bez tych toków myślowych, które są intuicyjne i podskórne, mięsiste, emocjonalne, na pewno nie chłodno analityczne. Które się wydarzają we mnie, które są mną niezależnie od tego, czy próbuję odseparować się od nich i podejmować decyzje, kierując się logiką, czy też zamykam oczy i ufam im, zwyczajnie i bez fanfar. Którym się boję ufać, bo wydają się być nieracjonalne i zdecydowanie zbyt intuicyjne, a które – jeśli udaje mi się im zaufać – wkładają mi w ręce dokładnie to, czego potrzebuję. Które nie mieszczą się w żadnych słowach, co wydaje się mnie (zakochanej w idei słów chyba od przedszkola) fantastycznym, kosmicznym żartem świata, który czasem kocham, kocham z całego serca. Które są mną, tak zwyczajnie i po prostu.

Bez czego byłoby was mniej?

O przyjaźni

e522b893430ba10e7619abbadb72abef

Przestań szukać, a znajdziesz to jeden z tych truizmów, na które nietrudno się natknąć. Mam do nich raczej ambiwalentny stosunek – część mnie przyznaje im racje, część nie potrafi powstrzymać się przez szczenięcym odruchem przewracania oczami. One, z resztą, też mają w stosunku do mnie mieszane uczucia i czasem lubią się spełniać tylko po to, by udowodnić mi, że nie mam racji.

To nieszczęsne przestań szukać, znajdziesz przychodzi mi do głowy samo z siebie, zupełnie nieproszone. Przyprowadza ze sobą kłąb wspomnień, które dosyć trudno opowiedzieć, a których esencja sprowadza się do tego, że w okresie szkolnym rozpaczliwie chciałam mieć przyjaciółkę. Emocje zblakły, małe dramaty zostały zastąpione większymi (niewiele, ale jednak) i obecnie tamta rozpacz wydaje mi się trochę zabawna. Ale pamiętam, że była silna i ciągle obecna pod skórą, i gdyby ktoś zasugerował mi wtedy pakt z diabłem, przynajmniej rozważyłabym oddanie za tę przyjaźń jednej ręki.

Pakowałam się w jakieś dziwne nibyprzyjaźnie, które teraz mogę tak nazwać, bo jestem większa i mądrzejsza (niewiele, ale jednak), a które wtedy wydawały mi się zalążkiem tej Prawdziwej Przyjaźni Na Wieki. Pakowałam się w relacje z ludźmi, którzy nie mieli dla mnie czasu i z ludźmi, którzy nie traktowali tych znajomości tak samo poważnie co ja. Z resztą, pewnie ciężko byłoby im sprostać moim oczekiwaniom, bo marzyła mi się coś mglistego i bliżej nieokreślonego, czego nie potrafiłam opisać, a co kojarzyłam z Wielkimi Czynami i z możliwością zadzwonienia do kogoś w środku nocy z prośbą o pomoc. A potem, gdzieś na początku studiów machnęłam ręką na ten cały interes, stwierdziłam, że przyjaźnie wydarzają się widocznie tylko w filmach, a i tam niezbyt często.

A ponieważ truizmy lubią co jakiś czas udowadniać mi, jak bardzo nie mam racji, wspomnienie to przychodzi do mnie, gdy wracam od przyjaciółki. Bo gdzieś po drodze, między rozpoczęciem przeze mnie studiów, a chwilą obecną wydarzyło się życie. Czasem tak bywa. Wydarzyło się życie i nagle się okazało, że naprawdę mam do kogo zadzwonić w środku nocy i do kogo faktycznie dzwoniłam zaryczana z prośbą, żeby mi powiedział, że naprawdę wszystko ze mną w porządku. Kto dzwonił do mnie, błąkając się po Gdańsku po kłótni z chłopakiem. Kto, kiedy było ze mną średnio, wiedział, że nie jest dobrze zanim sama się do tego przyznałam i kto mówi mi teraz bo wiesz, ty tak masz, że mogłabyś umierać na coś, a i tak byś się zwlekała z łóżka, żeby wszystkie obowiązki wypełnić. Do kogo mogę napisać znowu mam schizę, że ludzie spotykają się ze mną z litości, wydaje mi się czy nie? i kto mi odpisze, że mam się nie wygłupiać. I komu mogę powiedzieć nagle odkryłam, że podobają mi się faceci w okularach, w sensie, ci sami faceci wydają mi się przystojniejsi w okularach, w grubych oprawkach najlepiej i jakim cudem mogłam nie zauważyć tego przez tyle lat? i wiem, że nas obie będzie to bawić tak samo mocno.

Myślę o tym, jak przewrotny bywa czasem los. Myślę o tym, kiedy po tylu miesiącach narzekania, że chciałabym gdzieś pojechać, w końcu macham na to ręką, postanawiam zostać w domu w wakacje i słyszę jest konferencja w Pradze we wrześniu. Gdy badania do pracy magisterskiej znajdują mnie same. I, przede wszystkim, kiedy znowu wysypuję piasek z butów, bo jadłyśmy gofry na plaży i było tak wakacyjnie, turystycznie lekko, jakbyśmy pierwszy raz znalazły się nad morzem.

O chemii

12331929_589357407878165_946287818_n

Na wydziale chemicznym odbywał się i dopiero co skończył Bałtycki Festiwal Nauki. To znaczy, odbywał się na całej politechnice, ale nie przeszkadzało mi to mieć wrażenia, że u nas jest go najwięcej. Nie wiem, może dzieci najłatwiej jest zwabić tym, co wybucha, śmierdzi czy błyska światłem w dziwnym kolorze? Albo po prostu, tutaj przeszkadzają mi one bardziej, bo wszystkie ciche miejsca, w których można spędzić przerwy między zajęciami są nagle głośne i tłoczne, każdym korytarzem przechodzę, lawirując między uczniami?

W każdym razie, trwał Festiwal. Ci prowadzący, którzy zwykle chodzą po wydziale w koszulach i marynarkach albo przynajmniej w fartuchach, nagle przywdziali koszulki festiwalowe, ci spokojniejsi snuli się po uczelni, szukając (i nie znajdując) sobie miejsca, ci starsi zaszywali się w gabinetach – swoich i cudzych – i nie sposób ich było odnaleźć. Za to korytarzami dreptały grupki skrzatów starających się nie zgubić Pani, szukających łazienki lub przymierzającymi dumnie najmniejsze okulary laboratoryjne, jakie w życiu widziałam. Po uczelni wędrowały też grupy uczniów (na moje oko, gimnazjalistów), które deptały nam po stopach i torbach, zbyt zajęte rozglądaniem się, by patrzeć pod nogi i które na końcu oznajmiały dumnie patrz, wyglądamy jak studenci! ( a ja nie miałam serca wyprowadzać ich z błędu).

W połowie wykładu coś wybuchło za oknem. Po prawdzie, nie zdziwiło nas to zbytnio – możliwe, że kiedyś przez ten brak zainteresowania eksplozjami zginiemy marnie, ale na razie, na razie stanowiło to jedynie ciekawy element wykładu. Prowadzący na chwilę przerwał kolejne z rzędu wyprowadzenie wzoru i zapatrzył się na kłąb dymu w dziwnym odcieniu zieleni, który unosił się za oknem, wyraźnie odcinając się odcieniem od drzew. Nie miałam siły zastanawiać się, co to dokładnie było, choć pewnie nietrudno byłoby się dowiedzieć – słońce rozleniwia, równania na fizykochemii roztworów rzeczywistych jeszcze bardziej. Może lepiej wróćmy do wykładu.

Dopiero w przerwie, gdy z koleżanką zdecydowałyśmy się iść po kawę na drugi koniec politechniki, ona w pewnym momencie nachyliła się nade mną i powiedziała: to w sumie trochę oszustwo, wiesz? Naopowiadają dzieciom o cudach chemii, naobiecują wybuchów, one pójdą na studia i co? Okaże się, że wybuchy zdarzają się dopiero, gdy coś pójdzie nie tak. A i tak wtedy rzadko…

Może faktycznie warto mówić dzieciom, że tu rzadko coś wybucha, że głównie śmierdzi, że zapach marcepanu zaczyna się ludziom kojarzyć bardziej z aldehydami niż słodyczą, a na studiach będą pewnie strasznie chciały nie wyglądać jak studenci polibudy?