O lipcu

IMG_20170728_201032_840.jpgRano budzi mnie łopot skrzydeł motyla próbującego wydostać się z pokoju. Zastanawiam się, czy tak bardzo potrzebuję znaków, że dostrzegam je w najdziwniejszych miejscach, czy może świat faktycznie próbuje mi coś powiedzieć. Zastanawiam się też, czy faktycznie w lipcu częściej niż zwykle drobne szczegóły tego typu łapały mnie z zaskoczenia. I nie wiem, bo dni rozmywają się, a nieuchwycone chwile, o których przecież miałam nie zapominać nigdy, plączą się i blakną.

Lipiec był miesiącem (takiego) gnania – nie wiecznego, męczącego pośpiechu, który powoli wysysa spod skóry ostatnie krople energii, ale wyciągającego z łóżka co rano poczucia, że chcę więcej tego świata. Nie był to pierwszy taki miesiąc, oby nie jeden z ostatnich, bo jest w tym ciągłym ruchu coś, co rozpala zakończenia nerwowe i maluje uśmiech na wargach. Co sprawia, że chce mi się robić miliony rzeczy, rozmawiać z ludźmi i pilnować regularnych spotkań ze znajomymi, wracać do jogi (i trzymać się jej), pijać kawę, dużo, dużo czytać – i ja nie wiem, czy to jestem ja, czy byłabym taka zawsze, gdyby nie ten lęk ciągle szarpiący mnie za rękaw, czy może od początku postanowione było, że będą okresy, kiedy będę wstawać przed siódmą rano, żeby nie umknęło mi nic ze świata i takie, kiedy dni są jak przespane poranki, wilgotne od melancholii i pełne myśli, które przychodzą do głowy, gdy za długo siedzę wyłącznie w swoim towarzystwie.

W lipcu kupiłam lustro, które stoi w kącie i patrzy na mnie. Zaskakująco trudno się do niego przyzwyczaić, czasem planuję przyjrzeć się swojemu odbiciu i przypominam sobie o nim w połowie drogi do przedpokoju, na schodach, bo przecież w przedpokoju od niepamiętnych czasów stoi jedyne lustro, w którym można się przejrzeć w całości i które, podobno, wyszczupla.

Filterloop - 2017.08.12.07.33.03_1502559410049Poza tym, lipiec to nieskończone spotkania z ludźmi – wizyty w różnych kawiarniach, pub z kolbami zamiast szklanek (bo przecież i tak postanowiłam nie robić sobie wakacji od Politechniki), spacer po bulwarze, kawy pite w laboratorium, w którym zawsze, zawsze siedziałam dłużej niż miałam początkowo zamiar, a także wizyty w centrach handlowych, które w pamięci zlewają się ze sobą, tworząc nieskończoną plątaninę witryn sklepowych i stoisk. Lipiec to głód ludzi, który utrzymuje się do teraz (w sierpniu zaczyna doskwierać, jako że czasu jest więcej, a znajomi tak zajęci, jak byli wcześniej). Lipiec to zakupienie zeszytu z postanowieniem założę bullet journal (nawiasem mówiąc, sklep serdecznie polecam, a jakby ktoś zupełnie przypadkiem postanowił zasponsorować mi zestaw pisaków, długopisów bądź innych papierniczych bajerów to nie będę, absolutnie, narzekać). Lipiec to muzyka, dźwięki dobiegające ze słuchawek w tych rzadkich chwilach, kiedy miałam czas na wylegiwanie się na leżaku, a aura chciała mi to lenistwo ułatwić, dźwięki chodzące po głowie – chociażby ta piosenka, która dalej nie chce mnie zostawić w spokoju.

A jaki był wasz lipiec?

O maju i czerwcu

Miałam pisać o maju, ale czerwiec poganiał mnie i gonił. Pośpieszał i wciąż wymyślał coraz to nowsze rzeczy do zrobienia, aż w końcu minął i on. Od ponad tygodnia mam lipiec na biurku, w papierach i na paznokciach, ale wciąż ciężko oswoić mi się z myślą, że to już, że czerwiec i maj to jedynie plątanina wspomnień, dziwacznie nawinięty kłębek wszystkiego, czego raczej nie uda mi się już rozplątać. Tylko fragmenty nitek wystają z tego kłębka – poszarpane i może trochę wyrwane z kontekstu, ale z pewnością obecne:

Studia

18382415_136070110272020_3430726460506112000_nNie powiedziałabym, że te studia dały mi w kość, na pewno nie tak jak poprzednie. Ale wykonaną pracę wciąż jeszcze czuję w zmęczonych oczach i zesztywniałym karku, ostatni miesiąc semestru przypomina o sobie, kiedy budzę się rano (zbyt rano i zdecydowanie za wcześnie) i kiedy robię się głodna w najdziwniejszych momentach, bo rozregulowałam sobie wszelkie harmonogramy i biorytmy, które mogłyby mi przyjść do głowy. Mimo wszystko, nie mam zamiaru narzekać – bycie zajętą mi służy, wiem to, od paru tygodni moja mama uparcie twierdzi, że chodzę po domu, jakbym była zakochana…

18579647_1684795405155253_1516438482749227008_nMogę się też pochwalić, że z własnej, niczym nie przymuszonej woli wyszłam ze swojej strefy komfortu, powściągnęłam dziecinną chęć stwierdzenia, że nie, w sumie dobrze mi tu, gdzie jestem, po co się ruszać i robić coś nowego? i wyszukałam sobie możliwość robienia badań do magisterki. Także badania mam z głowy już po pierwszym semestrze, a teraz mogę bezkarnie błąkać się po laboratorium, szukając sobie nowych zajęć i kolejnych badań, zbierając katedralne plotki, wypijając doktorantom kawę i wyjadając czekoladki.

Książki

18300058_651303331736797_1016565814901342208_nOstatnie dwa miesiące upłynęły mi pod znakiem grubych, dobrych książek. Przeczytałam Wzgórze Psów Żulczyka z jego ponuro sympatycznymi bohaterami, za których wcześniej pokochałam Ślepnąc od świateł. Przeczytałam O pięknie Zadie Smith, gdzie bohaterowie byli niemożliwie wręcz nieporadni i niepozbierani, ale również budzący sympatię i (znacznie krótsze) Gorące mleko Deborah Levy, którą to książkę na pewno zapamiętam, bo i postaci, i język były zdecydowanie tego warte.

Książki polecam i zastanawiam się tylko, czy taką dobrą rękę do książek miałam w ostatnim czasie, czy może postaci i ludzie jakoś zaczęli wydawać się bardziej sympatyczni?

Spotkania

18888553_448890782145058_6325800233536061440_nGdzieś po drodze, między nie mam na nic czasu, czemu nigdy nie ma cię w domu? udało mi się nawet zaliczyć parę spotkań towarzyskich. Byłam na plaży, odwiedziłam ze dwa bary mleczne i tajską knajpkę, którą mijałam przez dwa lata, chodząc na korepetycje, a do której nigdy wcześniej nie udało mi się zajść. Ze dwa razy byłam w pubie, wypiłam fantastycznego drinka, którego skład i nazwa już chyba na zawsze będą owiane tajemnicą (mam nauczkę na przyszłość, żeby pytać, co właściwie piję), spotkałam się z ludźmi z poprzednich studiów.

Poza tym

damn-good-coffeeZaczęłam oglądać Twin Peaks i wciągnęłam się dosyć mocno, mimo że tożsamość mordercy Laury Palmer znana mi była na długo przed tym, jak włączyłam pierwszy odcinek. Namiętnie słuchałam (i słucham nadal) NowOsieckieja w szczególności tego.

A teraz? Teraz staram się trzymać rękę na pulsie, nie gubić już miesięcy czy tygodni. I próbuję nie spuszczać wzroku ze świata, bo wszystko się skrzy, migocze w lipcowym słońcu, odbija się w kroplach deszczu i potrafi być czasem niemożliwie, nieprawdopodobnie piękne.

A jak wam minęły ostatnie dwa miesiące?

O lecie

18252661_1521886647823155_1939998017062961152_n

To nie jest tak, że moje lata znacząco różnią się od pozostałych pór roku – pracy jest, ile było, dopada mnie też czasem wrażenie, że tylko ja, sama, tylko mi brak życia towarzyskiego (co, na szczęście, dość szybko mija). Jak zimą czy jesienią wszelkie potwory i lęki wychodzą spod łóżka z podobną częstotliwością.

A jednak, jednak radości wydają się być nieco bardziej wyraziste, zdają się być bardziej esencjonalne. Myślę o chwilach przerwy między zajęciami, które spędzam z twarzą zwróconą ku słońcu (ja i kwiaty, przez moment wiedzione tym samym odruchem) i jest mi lżej. Myślę o sukience w kwiaty, o plecaku i roztopionych lodach ściekających po palcach. O chwilach, kiedy zbaczam z drogi i zamiast od razu kierować się na korepetycje (bo matematyka i chemia, bo zadania same się nie wytłumaczą), rezygnuję z najkrótszych dróg, by popatrzeć na morze. Myślę o ludziach, których krok wydaje się bardziej sprężysty i o nieco lżejszych spojrzeniach. O zapachu morza, który chowa się we włosach i wraca ze mną do domu, o politechnicznych tulipanach, które wyrastają pod wydziałem chemicznym, nie przejmując się docierającymi z laboratorium oparami ani tym, że tutaj pierwiastki są nawet wyrzeźbione na poręczach schodów. O gruszkowej lemoniadzie z dodatkiem szałwii, o muzyce w słuchawkach i śpiewie ptaków dobiegającym zza otwartego okna. O bańkach mydlanych skrzących się w słońcu, o niebie, które wydaje się jeszcze bardziej niż zwykle bezkresne. O zieleni drzew, której szlak zdaje się ciągnąć aż po horyzont i dalej. O kwiatach czereśni i pierwszych motylach.

Myślę o tym, wszystkim, co dla mnie nierozerwalnie wiąże się z latem i oddycha się lżej. Myślę o tym, bo teraz właśnie jest łatwiej do tych myśli wracać, bo wychodzą na powierzchnię wabione ciepłem i światłem. A kiedy wychodzą, przez sekundę, chwilę, moment zaczerpnięcia oddechu jest lekko, a po głowie krąży Neruda i jego noc przychodzi i zaczyna śpiewać mi. 

Jest pięknie, zachwycająco, przyśpieszająco-krew-w-żyłach, niewiarygodnie pięknie.

Co dla was jest esencją lata?

18380547_444801509187308_2500821686794846208_n

O kwietniu

dav
Ciasto w Tłoku dalej jest super, też polecam 😀

Ciężko byłoby mi podsumować ten miesiąc jednym słowem, jednym zdaniem. Mam w stosunku do niego mieszane uczucia. Także dlatego, że znowu złapałam się w sieć robienia za dużo i upierania się, że przecież wcale nic nie robię, jakim prawem jestem zmęczona? Muszę uważać, wiem.

Ale kwiecień to nie tylko nadmiar pracy i mieszane uczucia. Co jeszcze:

Wiosna

dav

Przeważnie niesłoneczna, za wietrzna i deszczowa, ale jednak wiosna. Okres chodzenia w trampkach i skórzanej kurtce nawet wtedy, gdy jest na nie jeszcze za chłodno. Okres wypatrywania kwiatów na drzewach i kwiatów w ogrodach. Możliwość przejścia się po trawie, zielonej kolorem świata świeżo budzącego się do życia. Pierwsze owoce (szklarniowe, oczywiście) i pierwsza sałata z działki od dziadka.

Pierwszy raz w tym roku wyszłam z domu na deszczowe popołudnie i krople spadające na skórę w końcu wydały się być orzeźwiające, a nie lodowate. Pierwszy raz w tym roku, po dosyć podłym dniu, wyszłam z klatki – zmęczona, senna, z zamiarem powrotu do domu i kolejnych obowiązków – i przystanęłam na środku chodnika z twarzą wzniesioną do chmur. I w końcu, w końcu deszcz zmywał resztki zimy z ziemi, ożywiał i orzeźwiał, mokry zapach powietrza sprawiał, że krew szybciej krążyła w żyłach. Ten pierwszy haust mokrego powietrza to jest właśnie wiosna w czystej postaci.

Książki

braciaburgess

Oprócz namiętnego kupowania (nad którym nie mam i chyba nie chcę mieć kontroli) książek, udało mi się też po część z nich sięgnąć i nadgonić trochę czytelniczych zaległości. W końcu.

W pamieć zapadła przede wszystkim książka Lucy Strout. Bracia Burgess, bo tę powieść akurat mam na myśli, z początku dawała się czytać powoli i nieśpiesznie, a potem całkiem mocno mnie wciągnęła. Warto nadmienić, że z tym wciąganiem nie miała łatwego zadania, bo nie jest to ani thriller, w którym trup ściele się gęsto, ani dramatyczny romans – jest to w sumie powieść obyczajowa. Dwaj bracia, których zdaje się łączyć jedynie wspomnienie wypadku, w którym zginął ich ojciec i fakt, że obaj zamieszkali w Nowym Jorku, wracają do miasteczka, w którym się wychowali, by pomóc mieszkającej tam siostrze. Otóż jej nastoletni syn wrzucił do meczetu głowę świni, czego sam nie potrafi do końca zrozumieć ani wyjaśnić, a co w znaczący sposób wpływa zarówno na życie jego rodziny, jak i całego miasteczka.

Po książkę zdecydowałam się sięgnąć w momencie, w którym przeczytałam, że jest zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami, a moje serce skradł już fragment prologu, w którym matka pisarki mówi, że nie pisze ona o nikim znajomym, bo tak naprawdę to nikt nikogo nie zna. I faktycznie, nie znają się nawet bohaterowie, nie znają się i nie lubią, a łączą ich przecież więzi krwi czy przyjaźni. I przyznam się, że ja też na początku ich nie lubiłam. Z tym, że potem przyszło współczucie, a na końcu zrozumienie i poczucie, że są oni po prostu bardzo, bardzo ludzcy.

I właśnie dlatego książkę polecam. Sama pewnie się kiedyś zabiorę za czytanie pozostałych powieści Lucy Strout. A na razie podczytuję Wordcrime na zmianę z Wte i wewte, z tłumaczami o przekładach. No i szykuję na nową powieść Żulczyka.  

dav

Moje „artystyczne” zacięcie

dav

Wielkanoc jako święto nieszczególnie mnie fascynuje (nie mówiąc już o tym, że zawsze wolałam Boże Narodzenie), ale zdecydowanie pozwoliła na złapanie oddechu. Kilka wolnych dni, które jej towarzyszyły poświęciłam przede wszystkim na malowanie i kolorowanie akwarelami, bo wciąż sprawia mi to sporą frajdę, a także na pierwsze próby z kaligrafią.

Szczerze mówiąc, kaligrafia ma tę zaletę, że tyczy się słów, a ja mogę bez końca zapisywać śliczne cytaty i frazy, które przykuły moją uwagę. A nowoczesna kaligrafia nie wymaga ode mnie perfekcyjnego pisania od linijki ani profesjonalnego sprzętu za nie wiadomo jakie pieniądze. I można ją ćwiczyć wszędzie – także siedząc na wykładzie.

Ponadto, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, rysuję sobie kwiatki:

dav

Filmy i seriale

broadchurch_series_3Skończyłam trzeci sezon Broadchurch. Trzeci, równie fantastyczny, co pozostałe, ale niestety ostatni. Jeszcze nie pogodziłam się z tą myślą, bo to jeden z tych seriali kryminalnych, które mają świetną obsadę, fantastyczną fabułę (w każdym sezonie rozwiązanie zagadki jakoś mnie zaskakiwało) i powolny, nieśpieszny sposób kręcenia, od którego się uzależniłam. No i chyba pierwszy raz w serialu kryminalnym chodzi o szukanie gwałciciela, a nie mordercy (najlepiej seryjnego, najlepiej mordującego w sposób krwawy i dziwaczny). Też polecam, bardzo. Strasznie niedoceniony jest ten serial w Polsce, moim zdaniem.

mv5bmji4mzu5ntexnf5bml5banbnxkftztgwnzy1mtewmdi-_v1_uy1200_cr9006301200_al_Polecam też Moanę, która z jakiegoś powodu w Polsce została nazwana Vaianą. Istnieje szansa, że tylko ja jeszcze nie widziałam tego filmu i polecenie trafi w pustkę, ale kto wie? Może nie tylko ja oglądam filmy z mocnym opóźnieniem?

W każdym razie, darzę ten film silnym, dziecięcym uczuciem. Nie jestem do końca pewna, czy bardziej tyczy się to muzyki, czy obrazów, ale nie będę się zastanawiać. Grunt, że się zachwycam i polecam.

Nie polecam za to Amoku, na który wybrałam się z przyjaciółką do kina. Przeżycie osłodziły nam jedynie możliwość komentowania na głos i świadomość, że fartownie nie płaciłyśmy za bilety. Naprawdę, ostatni raz tak często powtarzałam nie wierzę, że oglądam coś takiego na Sali samobójców. Nawet muzyka mnie denerwowała…

Drobiazgi

dav

Poza tym, znowu byłam na kawie i ciachu z przyjaciółką. Kupiłam szkicownik, nowy lakier do paznokci, pełno książek. Spotkałam się z ludźmi z poprzednich studiów i spędziliśmy zaskakująco długą chwilę dyskutując na temat kiepskich fanficków z Harry’ego Pottera (nie sądziłam, że kiedykolwiek będę czytać na głos w pubie Harry Potter i plomien miłosci, a jednak, stało się). Słuchałam namiętnie Taco i ścieżki z Moany. No i jeszcze nie rzuciłam biegania…

A jak Wam minął kwiecień?

O marcu i lutym

O marcu i lutym

Luty i marzec przemknęły  szybko, na tyle szybko, że zdają się w pamięci zlewać ze sobą. Ciężko jest jest stwierdzić, gdzie kończy się jeden miesiąc, a zaczyna drugi. Co da się z tych miesięcy wyciągnąć?

Urodziny

dav

Pod koniec lutego obchodzę urodziny, podobnie jak chyba połowa moich znajomych.  Z tego względu, gdzieś od połowy lutego do połowy marca obchodzę urodziny (trochę na raty).

Odkąd pamiętam, moi rodzice narzekają na konieczność kupowania mi prezentów, bo (podobno) strasznie ciężko mi coś kupić. Pewnie dlatego cieszę się zawsze, gdy moim znajomym udaje się kupić mi prezent bez wyrzutów i kwartalnego opóźnienia. A jak komuś uda się mnie zaskoczyć to waham się między wykrzyknięciem „żyć, nie umierać!” a stwierdzeniem, że mogę teraz umrzeć szczęśliwa.

Z ciekawych rzeczy: w tym roku dostałam ramkę z wypisanym cytatem z ukochanego musicalu – mam słabość do musicali, mam słabość do Hamiltona, mam słabość do cytatów wszelkiej maści. No i nie mam pojęcia, kiedy ostatnio dostałam coś ręcznie robionego, ale mam wrażenie, że lata, lata temu.

Koncert

IMG_20170319_000541
Zdjęcie stąd. Ja tak nie umiem, niestety.

Kolejnym prezentem był bilet na koncert. Z resztą, bardziej sam koncert niż bilet, zważywszy na fakt, że w prezent wliczało się i towarzystwo, i świadomość, że mogę zachowywać się trochę jak podekscytowana gimnazjalistka i nikt mnie nie będzie osądzał.

O swoich koncertowych przeżyciach pisałam ostatnio, o swoich koncertowych zachwytach chyba nie muszę pisać nic więcej ponad to, że chyba nic innego nie sprawia, że krew zdaje się płynąć szybciej, tętno wybijać rytm wyraźniej, a nerwy i stresy rozpuszczają się i znikają.

A ja w ramach pokoncertowego przeżywania ustawiłam sobie to zdjęcie, skądinąd fantastyczne, jako ekran blokady i tkwi tam do dzisiaj.

Książki

IMG_20170305_090955_448

Pod względem przeczytanych książek, ostatnie dwa miesiące nie zachwycają, co może ale nie musi mieć związek z ilością oglądanych filmów i seriali (i z tym, że dzięki Daily Show Last Week Tonight jestem na bieżąco z amerykańską polityką jak nigdy wcześniej). Ale za to mogę przyznać, że większość moich wydatków to były książki.

Przekonuję siebie, że nadrobię zaległości czytelnicze w okolicach Wielkanocy, a wydane pieniądze uznaję za inwestycję w prezent urodzinowy dla siebie samej i koję w ten sposób zakupowe wyrzuty sumienia.

Wpadł mi w ręce nawet tomik Mleko i miód, na punkcie którego oszalał chyba cały instagram. Nie wiem, czy bardziej cieszę się z tego, że ludzie jeszcze czytają poezję, czy z tego, że wydano go w wersji dwujęzycznej – jeśli o mnie chodzi, wszelką poezję powinno się tak wydawać.

Spotkania

IMG_20170302_085345_509

Udało mi się wyjść na piwo ze znajomymi ze studiów inżynierskich (a kiedy piszę na piwo, mam na myśli miejsce, w którym sprzedają piwo, a w którym ja testuję bezalkoholowe napoje z racji permanentnego zmotoryzowania) i niemal stracić głos w czasie tegoż spotkania.

Byłam też na urodzinowej kawie i w urodzinowym kinie, więc obejrzałam La la land zanim przestali wyświetlać go w kinie (moje małe, prywatne zwycięstwo). Film przypadł mi do gustu, kawa i kawiarnia również, chociaż dalej uznaję książki w zamkniętej gablocie za dosyć ponurą i okrutną dekorację.  Kto trzyma książki wyłącznie jako ozdobę? I czemu nie mogłam wziąć nawet tych starych numerów Literatury na świecie? Jestem pewna, że byłoby im u mnie lepiej…

Wiosna

No i wiosna, jakże by inaczej. Pierwsze davsłoneczne dni, nieśmiało wyrastające liście, powoli otwierające się pąki. Zapach morza niesiony z wiatrem, śpiew ptaków. Dzieciaki na rowerach, niewiarygodnie zielona trawa, martensy rzucone w kąt. Wszędzie trampki i skórzana kurtka, nawet kiedy jeszcze zimno i mgła.

Wiosna, w końcu.

A jak wam minęły te ostatnie miesiące?

O styczniu

Styczeń minął, praca została napisana i obroniona, zimowy mróz i śnieg otuliły świat dokładnie, choć niepostrzeżenie. Styczeń, o którym myślę, przypomina film puszczany w przyśpieszonym tempie – przeskakując klatki, nieostrożnie, pośpiesznie. Jakie to klatki, nie wiem?

Serio, serio

nfd

Bardzo dobry obiad w dobrym towarzystwie – chwila wytchnienia w pośpiechu. Lemoniada gruszkowa z szałwią, która utkwiła mi w pamięci, mimo że pogoda była zdecydowanie nielemoniadowa. Risotto i mus z białej czekolady z mango. Świat obracający się gdzieś powoli za oknem, drobne eksplozje świateł ulicznych latarni i samochodów. Gwar, leniwe rozmowy. Nieco spóźniony prezent na święta.

Zakupy

dav

„Małe rzeczy. Nic, z powodu czego można by umrzeć, ale coś, dla czego warto żyć. Czasem się przydają – rozpraszają ciemność tak samo jak maleńkie płomyki wielu świec.”

Kolorowe skarpetki, świeczki, seriale, teatr w multikinie – drobne plamy koloru na szarym, zimowym tle. Gdzieś między za krótkimi dniami, słońcem zachodzącym zbyt szybko i zimnem wsączającym się przez szpary w oknach potrzeba tych iskier. Potrzeba, bo śpieszę się, ciągle się śpieszę w te styczniowe dni, bo jeszcze trzeba zrobić tyle rzeczy, a ta świadomość tkwi w rogu myśli jak drzazga i to męczy strasznie.Więc trzymam się drobiazgów, trzymam się rzeczy, które w skali makro nie znaczą nic, ale przecież nie muszą, bo nie o to chodzi.

 

Akwarele

dav

Kojąca miękkość kolorów. Nieśpieszne ruchy pędzla. Kolory przechodzące jeden w drugi, mieszające się, powoli sunące, tańczące po kartce (dyfuzja, szepcze głowa, ale nie po to obrona i praca, i nauka, żebym w czasie wolnym nie mogła nawet uciec od własnej głowy). Jest coś uspokajającego w robieniu czegoś wyłącznie dla przyjemności i z pełną świadomością braku umiejętności, coś hipnotyzującego w przenikających się ze sobą kroplach koloru.

Zima

dav

Zima, której przeważnie nie lubię, którą staram się przeczekać zakopana pod swetrami, kocami, kubkami z gorącą herbatą, a która jednak czasem potrafi mnie zaskoczyć. Wschody słońca malujące się feerią barw nad białym horyzontem. Duże, lepkie płatki śniegu, które można złapać w dłoń i przytrzymać. Szron pokrywający szyby abstrakcyjnymi wzorami, drobne igiełki oplatające rośliny i płoty. Skrząca się, skrzypiąca pod stopami biel, która jest dyskretnie piękna i która zawsze, zawsze zachwyca znienacka.

Co was zachwyciło w styczniu?

O grudniu

enhanced-2305-1430140135-3

Czasami sięgam pamięcią w przeszłość, próbując przypomnieć sobie wszystko to, co działo się w poprzednim miesiącu i nie jestem w stanie. Dni plączą się ze sobą, wydarzenia i plany mieszają, milion małych rzeczy wypada mi z pamięci dokumentnie.

Co robiłam w grudniu? Pewnie to, co zawsze. Skończyłam czytać całkiem niezłą książkę. I to książkę z gatunku tych, których normalnie nie lubię – psychologiczno-poradnikową mieszankę, której prawdopodobnie nigdy bym nie tknęła, gdyby była odrobinę bardziej poradnikowa czy odrobinę mniej ciekawa. Ale tknęłam. I wciągnęłam się.

IMG_20170101_000648.jpg

Zaczęłam biegać. Ciągle nie mogę uwierzyć, że jeszcze żyję – na wszelki wypadek żegnam się ze światem za każdym razem, gdy mam zamiar zbliżyć się do bieżni. Ciągle nie mogę się pozbyć tego drobnej części mnie, która oczekuje natychmiastowej utraty paru kilogramów za każdym razem, gdy schodzę z bieżni. Nie mogę się jej pozbyć, mimo że robię to bardziej dla samej idei uprawiania sportu niż dietetycznych wartości. Naprawdę.
f33e5cf8c6ee00c28db75b6ea582286e

Odkryłam Dictionary of obscure sorrows, którego melancholijną miękkość uczyniła go miłością od pierwszego obejrzenia. Jest to taki internetowy zakątek, w którym mogę zanurzać się w deszczowe wieczory, mając pod ręką kubek z ciepłą kawą czy herbatą i z nastrojową muzyką w tle.
IMG_20161218_205258.jpg

Przeżyłam święta. Rozdałam prezenty. Dostałam prezenty. Wzbogaciłam tym samym moją kolekcję świeczek, koszulek z zabawnymi napisami, cieni do powiek (dostałam nawet do nich profesjonalny pędzelek), filiżanek, skarpetek (kocham skarpetki) i słodyczy. Zyskałam oprawione w ramkę zdjęcie wieczornego nieba, na które zerkam, gdy śnieg przesłania okna tak do końca. No i w ramach prezentu dla samej siebie powiększyłam stertę książek do przeczytania – bo czemu by nie?
IMG_20170107_151302.jpg

Spędziłam sylwester tak, jak zawsze chciałam go spędzić – oglądając Pulp Fiction i jedząc przekąski, których nie musiałam przygotowywać. W towarzystwie koleżanki, a nie na tłumnej imprezie. I próbując po raz pierwszy galaretki z granatem.

A Wy? Co robiliście w grudniu?