O lipcu

IMG_20170728_201032_840.jpgRano budzi mnie łopot skrzydeł motyla próbującego wydostać się z pokoju. Zastanawiam się, czy tak bardzo potrzebuję znaków, że dostrzegam je w najdziwniejszych miejscach, czy może świat faktycznie próbuje mi coś powiedzieć. Zastanawiam się też, czy faktycznie w lipcu częściej niż zwykle drobne szczegóły tego typu łapały mnie z zaskoczenia. I nie wiem, bo dni rozmywają się, a nieuchwycone chwile, o których przecież miałam nie zapominać nigdy, plączą się i blakną.

Lipiec był miesiącem (takiego) gnania – nie wiecznego, męczącego pośpiechu, który powoli wysysa spod skóry ostatnie krople energii, ale wyciągającego z łóżka co rano poczucia, że chcę więcej tego świata. Nie był to pierwszy taki miesiąc, oby nie jeden z ostatnich, bo jest w tym ciągłym ruchu coś, co rozpala zakończenia nerwowe i maluje uśmiech na wargach. Co sprawia, że chce mi się robić miliony rzeczy, rozmawiać z ludźmi i pilnować regularnych spotkań ze znajomymi, wracać do jogi (i trzymać się jej), pijać kawę, dużo, dużo czytać – i ja nie wiem, czy to jestem ja, czy byłabym taka zawsze, gdyby nie ten lęk ciągle szarpiący mnie za rękaw, czy może od początku postanowione było, że będą okresy, kiedy będę wstawać przed siódmą rano, żeby nie umknęło mi nic ze świata i takie, kiedy dni są jak przespane poranki, wilgotne od melancholii i pełne myśli, które przychodzą do głowy, gdy za długo siedzę wyłącznie w swoim towarzystwie.

W lipcu kupiłam lustro, które stoi w kącie i patrzy na mnie. Zaskakująco trudno się do niego przyzwyczaić, czasem planuję przyjrzeć się swojemu odbiciu i przypominam sobie o nim w połowie drogi do przedpokoju, na schodach, bo przecież w przedpokoju od niepamiętnych czasów stoi jedyne lustro, w którym można się przejrzeć w całości i które, podobno, wyszczupla.

Filterloop - 2017.08.12.07.33.03_1502559410049Poza tym, lipiec to nieskończone spotkania z ludźmi – wizyty w różnych kawiarniach, pub z kolbami zamiast szklanek (bo przecież i tak postanowiłam nie robić sobie wakacji od Politechniki), spacer po bulwarze, kawy pite w laboratorium, w którym zawsze, zawsze siedziałam dłużej niż miałam początkowo zamiar, a także wizyty w centrach handlowych, które w pamięci zlewają się ze sobą, tworząc nieskończoną plątaninę witryn sklepowych i stoisk. Lipiec to głód ludzi, który utrzymuje się do teraz (w sierpniu zaczyna doskwierać, jako że czasu jest więcej, a znajomi tak zajęci, jak byli wcześniej). Lipiec to zakupienie zeszytu z postanowieniem założę bullet journal (nawiasem mówiąc, sklep serdecznie polecam, a jakby ktoś zupełnie przypadkiem postanowił zasponsorować mi zestaw pisaków, długopisów bądź innych papierniczych bajerów to nie będę, absolutnie, narzekać). Lipiec to muzyka, dźwięki dobiegające ze słuchawek w tych rzadkich chwilach, kiedy miałam czas na wylegiwanie się na leżaku, a aura chciała mi to lenistwo ułatwić, dźwięki chodzące po głowie – chociażby ta piosenka, która dalej nie chce mnie zostawić w spokoju.

A jaki był wasz lipiec?

O słowach

tatu

Czasami spotykam się z kimś, kogo znam od wieków i wyłapuję spomiędzy jego słów obce frazy. Nie wiem, czy nasłuchuję ich ciągle, podświadomie analizując to, co słyszę, czy może obce nuty w dobrze znanej linii melodycznej każą zatrzymać się i wsłuchać w konkretną wypowiedź. Grunt, że jest w tym coś z tego zwierzęcego odruchu, który każe psom obwąchiwać ubrania i dłonie właścicieli w poszukiwaniu innych miejsc i zwierząt.

Różne są te słowa. Czasem wplatają się one w infrastrukturę zdań miękko i bez wysiłku, sprawiają wrażenie, jakby tkwiły w słowniku danej osoby od dawna, od zawsze – używane, lecz z jakiegoś powodu niezauważone lub dotąd przyczajone, wyczekujące na moment, kiedy usta nauczą się je wymawiać tak, jak chciałyby być wymawiane. Są też frazy, które budzą we mnie sprzeciw, wywołują skojarzenia z porysowaną płytą i dźwiękiem, który pojawia się tam, gdzie nie miało go być. Słowa, które bardziej odczuwam niż słyszę, przez które coś pod moją skórą kuli się i krzywi, a ja nie wiem, czy to przez moją niezgodę na tę zmianę, czy przez dysonans, który odczuwałabym również, słysząc z ust poważnej, słownikowo konserwatywnej osoby słowo elo. Ale niektóre wyrażenia budzą mój uśmiech, bo dostrzegam w nich innych ludzi, widzę w nich znajomych ze studiów, współpracowników, nowego chłopaka, czasem samą siebie – i to są słowa, która przedostają się na listy najczęściej używanych wyrażeń ukradkiem, przeciekają do nich w czasie dziesiątek odbywanych rozmów, przywodzą na myśl wspólnie spędzone chwile.

Ciekawa jestem czasem, czy ktokolwiek przygląda się tak mojemu słownictwu. Wydaje mi się, że słychać w nim mnie, moje ukochane książki, melodie najczęściej słuchanych piosenek, a także wszystkich ludzi, którzy są lub byli dla mnie ważni. Są słowa, które wymawiam czasem i rozpoznaję jako niemoje, o których wiem, że przychodzą mi do głowy ze względu na skojarzenie z inspirującymi mnie w jakiś sposób rzeczami i osobami. Są też takie, których pochodzenie zatarło się w pamięci – może krążą w żyłach od pokoleń lub przejęłam je już w czasie nauki mówienia, może są echem innych żyć i innych miejsc. Takie, które pchają mi się do ust, gdy jestem zdenerwowana (każąc zastanawiać się w duchu, czy jest jakiś maksymalny limit powtórzeń słowa generalnie i ile razy już go przekroczyłam), takie, których nie wypowiadam nigdy na głos, a jedynie piszę i takie, które podobno plączą się między językiem a podniebieniem zawsze wtedy, gdy jestem koszmarnie zmęczona lub lekko pijana (dlaczego?).

Zastanawiam się czasem, ile jest rodzajów słów, które wypowiadamy.

O tym, że deszcz chyba źle na mnie wpływa

0434749_ph131476_s5

Miałam wczoraj pisać artykuł, sprzątać i umówić się do kosmetyczki. Miałam być produktywna, a potem pójść spać w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Miałam, ale obudziłam się i po raz pierwszy od ponad trzydziestu pięciu godzin nie padał deszcz.

Zwykle przewracam oczami, gdy ktoś skarży się na pogodę – czasem znajomi i krewni to zapętlona w nieskończoność seria narzekań na to, że słońca nie ma, że wiatr i deszcz, paskudne weekendy i wilgotne wieczory, a niebo ciągle szare, szare, szare. Nie próbuję włączać się w te monologi, bo ostatnio nie mam pogodzie nic do zarzucenia. Nie jest za zimno, by nosić trampki i sukienki, nie jest na tyle wietrznie, bym mogła połamać swój różowy parasol w kropki, opalać się nie umiem, a na plażę i tak się raczej nie wybiorę. No ale trzydzieści pięć godzin deszczu to dużo, wiem o tym. Zatopiło drogę, do domu jeździłam na około, a smutny pan z telewizji stał w czwartek obok zbiornika retencyjnego w Gdańsku i na bieżąco opisywał, jak szybko podnosi się poziom wody. Trzydzieści pięć godzin deszczu sprawia, że pod skórą rośnie coś, co nie potrafi usiedzieć w miejscu, a cichy głos w głowie przypomina o Arkach i potopach.

Ale obudziłam wczoraj i deszcz nie padał. Wszystko było wilgotne i wszystko ciekło. A ja miałam wrażenie, że cały świat utkwił w tej jednej filmowej scenie: stoisz pod prysznicem, podkładasz twarz pod strumień zbyt ciepłej wody i stoisz, na wszystkim osiada para, skrapla się i ścieka, a ty stoisz i myślisz, i starasz się nie analizować swojego życia (i raz za razem ponosisz porażkę), licząc na to, że woda zmyje z ciebie wszystkie wspomnienia (nie zmywa) albo stoisz i myślisz, próbując podjąć decyzję i mając nadzieję, że strumień zmyje z ciebie niezdecydowanie (zmywa), a potem zakręcasz wodę, wszystko ścieka, zostają wilgotne stopy na łazienkowym dywaniku i postanowienie, by zmienić swoje życie.

Obudziłam się i deszcz nie padał, jakby ktoś postanowił w końcu zakręcić wodę. Sprzątnęłam łazienkę. Zjadłam na śniadanie granat, którego sok próbował barwić już czerwone paznokcie i ściekać po palcach jak skroplona para. Spędziłam dwie godziny pisząc, usuwając i pisząc ponownie wciąż ten sam akapit. A potem poddałam się i pojechałam do Ikei po lustro. Nie wiem dlaczego akurat wczoraj i nie wiem dlaczego w ogóle – nigdy w życiu nie posiadałam lustra większego niż to, przed którym się maluję, choć myśl o kupieniu go przychodziła mi do głowy kilkukrotnie w ciągu ostatnich kilku lat. A wczoraj po prostu wstałam i pojechałam do sklepu. Może to kwestia tego, że po głowie chodziła mi ta głupia filmowa scena, która bez lustra pewnie nie byłaby tak efektowna, może faktycznie przestałam się bać własnego odbicia albo naprawdę potrzebowałam wymówki, żeby nie pisać, a od dawna odkładany zakup pasował idealnie. Możliwe też, że nie ma żadnego znaczenia ani powód, dla którego zakupiłam sześćdziesiąt siedem setnych metra kwadratowego szklanej tafli, którą teraz widzę kątem oka ani to, że wczoraj nad sklepem malowała się tęcza.

Może znaczenie ma jedynie to, że od wczoraj nie pada?

O czym?

679981e15a0e769df045f9bb96d0b55f

trzeba śnić cierpliwie
w nadziei że treść się dopełni
że brakujące słowa
wejdą w kalekie zdania
i pewność na którą czekamy
zarzuci kotwicę

Śnię ostatnio dziwne sny, które najpewniej nic nie znaczą. Śnię sny-odpryski, resztki tego, co przechodzi mi przez głowę, okruchy skojarzeń i niezaistniałych strumieni świadomości. Są włosy wypadające garściami, dziwne kłótnie o regulamin krytych pływalni (kiedy ja ostatnio byłam na basenie?), niedokończone konwersacje i zdania, które miałam pamiętać po przebudzenia, a po których zostaje tylko sfrustrowane przeświadczenie, że miały one jakieś znaczenie. Sen o wypadaniu włosów to dobry znak, mówi mama, to znaczy, że idą zmiany. A ja nie wiem, jakie zmiany mogłyby przyjść same z siebie i od kiedy uważa zmiany za dobry omen. Wiem tylko, że mam w głowie za dużo niedopowiedzianych myśli i stąd te sny.

Codziennie rano obiecuję sobie, że będę jeść rozsądniej (nie dietetycznie, nie fit, nie cokolwiek jest teraz w modzieale zdrowiej) i codziennie zasypiam z poczuciem winy, że nie udało się znowu, a ja nawet nie potrafię wyjaśnić czemu. Dobrze, że nie planowałam odstawiać kofeiny – środku nocy mam ochotę na mocną kawę pitą z ciężkiej, wielkiej filiżanki. Moje wracanie do jogi jest, póki co, bardziej na papierze i w niedopracowanych planach niż w realizacji. Robię za dużo albo nic, nie można tego nawet nazwać balansowaniem po linie, bo nie potrafię nawet złapać równowagi. Przeczytałam w zeszłym tygodniu może ze trzy, cztery strony, nie napisałam żadnej. Snułam się po domu bez celu, z masą planów i bez żadnej chęci do ich realizacji. Śnię, kiedy nie śpię. Zamykam oczy i słyszę szum morza.

Z drugiej strony, widuję się ze znajomymi częściej niż zwykle. Od ponad tygodnia mam czerwone paznokcie. Chodzę w sukienkach i trampkach, myślę nad kolejnym tatuażem i umiem obsługiwać aeropress. Nauczyłam się, sama nie wiem kiedy i jak, pić gorzką, czarną kawę. Co jakiś czas zdarza mi się dojrzeć swoje odbicie w witrynie sklepowej czy szybie i, po raz pierwszy w życiu, obdarzyć je sympatią.

To dziwne uczucie.

Patrzę w lustro i nie widzę wyłącznie samych ale. Sama sobie utrudniam życie, miotam się bezsensu, a jednocześnie przesuwam palcami po nodze i zaskoczeniem uświadamiam sobie, że lubię swoją skórę, długie paznokcie, sposób, w jaki napinają się mięśnie i przesuwają ścięgna, gdy opieram stopy o stół. Kiedy to się stało? To jedna z tych rzeczy, których nie przegadam, nie poruszę w rozmowie, bo brakuje mi słów, żeby je opisać. To jedna z tych rzeczy, które są absolutnie, całkowicie nowe i kiedy stoję pod prysznicem (gdzie indziej mogłabym się nad tym rozmyślać?), zastanawiam się, czy to wszystko nie wynika z tego, że jakaś cząstka mnie jest tą zmianą kompletnie, całkowicie przerażona.

Happiness, hit her like a train on a track
Coming towards her, stuck still no turning back…

O gnaniu

summerrain_jvumo6dq

Zdarza się, że czas płynie szybciej. To normalne. Liniowość czasu zawsze zdawała mi się być bardziej subtelną sugestią niż czymkolwiek innym, trudno się więc dziwić, że i moje poczucie czasu ma do tej idei stosunek co najmniej sceptyczny. Tak więc czas wydaje się nie płynąć, a pędzić na złamanie karku. Nie narzekam, broń boże, bo temu gnaniu nie towarzyszy paniczne poczucie, że z czymś się nie wyrobię, ani sesja, ani świadomość, że nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatnio przespałam spokojnie noc czy jadałam posiłki z jakąś regularnością. To jest właśnie to gnanie, które dobrze mi robi.

To gnanie ściąga mnie z łóżka przed siódmą rano, sprawia, że ciągle coś robię i chcę coś robić, przyczynia się do tego, że słyszę ciągle nie ma cię w domu albo dawno nie widziałam cię tak radosnej, zakochałaś się? A ja wzruszam ramionami między robieniem sobie kawy a szukaniem czegoś w miarę zjadliwego, co mogłabym ze sobą zabrać. A ja śmieję się, bo kiedy mówię to nie tak, po prostu robię coś fajnego, moja mama kręci głową i pyta takie ładne chłopaki siedzą w tym laboratorium, że ciągle tam jeździsz? 

Nie tłumaczę. Nie muszę, bo gnam, bo jedną nogą jestem już poza domem. Z resztą, moje gnanie to jej gnanie, a jej gnanie to gnanie babci – mogę tylko przyjąć tę mieszankę genetyki i wychowania, mogę tylko docenić absurd tego, że parę lat temu w kłótniach obie zgodnie twierdziłyśmy, że nie mam w sobie żadnej z jej cech (ona z wyrzutem, ja z radością) i obie w ogóle nie miałyśmy racji. Bo przecież moje gnanie to jej gnanie. Ten sam podszept, który każe jej w sobotni wieczór jechać z pomocą (bo przecież pani X nie ma ogrzewania, dzieci małe, wieczór zimny, może uda mi się pomóc?), sprawia, że uznaję Kaja tak ogarnia, że ja nie muszę, w sumie kompletnie nie wiem, na jakim etapie są badania za jeden z lepszym komplementów ostatniego czasu. I dokładnie ten sam podszept ma na myśli babcia, gdy mówi było mi ciężko po śmierci dziadka, ale przecież trzeba się było tobą zająć, gdy twoi rodzice pracowali, trzeba było wstać i gnać i jeszcze to mnie, w gruncie rzeczy, uratowało.

Miałam pisać o czymś zupełnie innym, wiecie? Ale chyba powoli dociera do mnie, że moje uparte uciekanie od tych wszystkich cech, których nie lubię w swoich krewnych, tak naprawdę mnie do nich przybliża. Że gnam, owszem, przed siebie, ale nie po linii, a po okręgu.

Jak już pisałam, liniowość nigdy nie była mi jakoś szczególnie bliska.

O maju i czerwcu

Miałam pisać o maju, ale czerwiec poganiał mnie i gonił. Pośpieszał i wciąż wymyślał coraz to nowsze rzeczy do zrobienia, aż w końcu minął i on. Od ponad tygodnia mam lipiec na biurku, w papierach i na paznokciach, ale wciąż ciężko oswoić mi się z myślą, że to już, że czerwiec i maj to jedynie plątanina wspomnień, dziwacznie nawinięty kłębek wszystkiego, czego raczej nie uda mi się już rozplątać. Tylko fragmenty nitek wystają z tego kłębka – poszarpane i może trochę wyrwane z kontekstu, ale z pewnością obecne:

Studia

18382415_136070110272020_3430726460506112000_nNie powiedziałabym, że te studia dały mi w kość, na pewno nie tak jak poprzednie. Ale wykonaną pracę wciąż jeszcze czuję w zmęczonych oczach i zesztywniałym karku, ostatni miesiąc semestru przypomina o sobie, kiedy budzę się rano (zbyt rano i zdecydowanie za wcześnie) i kiedy robię się głodna w najdziwniejszych momentach, bo rozregulowałam sobie wszelkie harmonogramy i biorytmy, które mogłyby mi przyjść do głowy. Mimo wszystko, nie mam zamiaru narzekać – bycie zajętą mi służy, wiem to, od paru tygodni moja mama uparcie twierdzi, że chodzę po domu, jakbym była zakochana…

18579647_1684795405155253_1516438482749227008_nMogę się też pochwalić, że z własnej, niczym nie przymuszonej woli wyszłam ze swojej strefy komfortu, powściągnęłam dziecinną chęć stwierdzenia, że nie, w sumie dobrze mi tu, gdzie jestem, po co się ruszać i robić coś nowego? i wyszukałam sobie możliwość robienia badań do magisterki. Także badania mam z głowy już po pierwszym semestrze, a teraz mogę bezkarnie błąkać się po laboratorium, szukając sobie nowych zajęć i kolejnych badań, zbierając katedralne plotki, wypijając doktorantom kawę i wyjadając czekoladki.

Książki

18300058_651303331736797_1016565814901342208_nOstatnie dwa miesiące upłynęły mi pod znakiem grubych, dobrych książek. Przeczytałam Wzgórze Psów Żulczyka z jego ponuro sympatycznymi bohaterami, za których wcześniej pokochałam Ślepnąc od świateł. Przeczytałam O pięknie Zadie Smith, gdzie bohaterowie byli niemożliwie wręcz nieporadni i niepozbierani, ale również budzący sympatię i (znacznie krótsze) Gorące mleko Deborah Levy, którą to książkę na pewno zapamiętam, bo i postaci, i język były zdecydowanie tego warte.

Książki polecam i zastanawiam się tylko, czy taką dobrą rękę do książek miałam w ostatnim czasie, czy może postaci i ludzie jakoś zaczęli wydawać się bardziej sympatyczni?

Spotkania

18888553_448890782145058_6325800233536061440_nGdzieś po drodze, między nie mam na nic czasu, czemu nigdy nie ma cię w domu? udało mi się nawet zaliczyć parę spotkań towarzyskich. Byłam na plaży, odwiedziłam ze dwa bary mleczne i tajską knajpkę, którą mijałam przez dwa lata, chodząc na korepetycje, a do której nigdy wcześniej nie udało mi się zajść. Ze dwa razy byłam w pubie, wypiłam fantastycznego drinka, którego skład i nazwa już chyba na zawsze będą owiane tajemnicą (mam nauczkę na przyszłość, żeby pytać, co właściwie piję), spotkałam się z ludźmi z poprzednich studiów.

Poza tym

damn-good-coffeeZaczęłam oglądać Twin Peaks i wciągnęłam się dosyć mocno, mimo że tożsamość mordercy Laury Palmer znana mi była na długo przed tym, jak włączyłam pierwszy odcinek. Namiętnie słuchałam (i słucham nadal) NowOsieckieja w szczególności tego.

A teraz? Teraz staram się trzymać rękę na pulsie, nie gubić już miesięcy czy tygodni. I próbuję nie spuszczać wzroku ze świata, bo wszystko się skrzy, migocze w lipcowym słońcu, odbija się w kroplach deszczu i potrafi być czasem niemożliwie, nieprawdopodobnie piękne.

A jak wam minęły ostatnie dwa miesiące?

O tym, bez czego byłoby mnie mniej

18888553_448890782145058_6325800233536061440_n

Miałam napisać coś zupełnie innego, naprawdę. Miałam pisać o maju, skrobnąć (wystukać?) tekst przemyślany i oparty na pewnym schemacie, ale stałam zbyt długo pod prysznicem, spod kafelków i spomiędzy żeli pod prysznic zaczęły wychodzić słowa i okazało się, że nie mam na to najmniejszych szans. Bo nie przyszedł do mnie ani maj, ani żadne podsumowania. Przyszło do mnie wspomnienie blogowego tekstu, który czytałam miesiąc czy może kwartał temu i którego autora w ogóle nie pamiętam (jak ktoś będzie miał jakieś skojarzenia, chętnie przyjmę i podlinkuję). A konkretniej: przyszło mi do głowy zdanie bez czego byłoby mnie mniej. 

Pisałam już o tym, że czasem dogania mnie jakieś zdanie, szarpie za rękaw i dopomina się o uwagę. Po prostu to, co wydaje się być początkowo fajnym zabiegiem literackim czy przyjemnym pomysłem na tekst, odkłada się w głowie i czeka na dogodny moment. A potem, w odpowiedniej dla siebie chwili, nachyla się nad moim uchem i pyta bez czego byłoby cię mniej, dziewczynko? Jedyne, co mogę zrobić to zapatrzeć się w swoje odbicie i powiedzieć no właśnie? bez czego?

Czasami odpowiedź na to pytanie przychodzi bez trudu, bo mam w głowie całą listę cech, na których mogłabym oprzeć swoje jestestwo. Powiedziałabym wtedy, bez najmniejszego wahania, że bez ciekawości, obowiązkowości, bez tego, co może kiedyś mnie zabije, ale na razie każe iść do przodu i zaglądać za każdy możliwy róg. Czasem na to pytanie nie ma żadnej odpowiedzi, bo cała jestem wahaniem, niezdecydowanym przestępowaniem z nogi na nogę. Wtedy nawet nie ma sensu zaczynać wypowiedzi, bo najlepszym adwokatem diabła jestem tylko w rozmowach z samą sobą, na każde prawdopodobnie przypada dwanaście z drugiej strony i nie ma sensu pytać mnie nawet o ulubiony kolor. Czasem po prostu jestem lękiem i poszukiwania tego, bez czego byłoby mnie mniej sprowadzają się do pytania o to, czy mogę uznać lęk za część siebie. Czy to jest coś, co mi się przydarza, czy coś co jest we mnie? Czy wynika on z budowy moich toków rozumowania, czy moje myśli zbudowane są na fundamencie z lęków i niepokoi? Czasami mam pod skórą to ciepłe uczucie, które nie jest przeciwieństwem lęku (które potrafi z nim, jakimś cudem, współistnieć), a które przekonuje mnie, że mogę być wszystkim, czym tylko chcę i nie muszę wybierać, bo cały świat to wielka patchworkowa narzuta, której nie powinno się oglądać przez pryzmat czerni i bieli.

Lubię to uczucie. Lubię te dni, kiedy moje myśli nie próbują zamykać się w tych ramach, kiedy potrafię zaakceptować fakt, że jest we mnie ta bezlitosna konsekwencja, którą podziwia moja mama, a która mówi będę to robić i od razu rusza z miejsca, a obok niej mieszka mała dziewczynka, która mówi będę dorosła jutro, teraz popatrzmy na chmury. Cieszą mnie dni, kiedy wiem, że życia przeżywane w sposób konsekwentny podziwiam tak, jak podziwiam minimalistyczne mieszkania i wielkie samochody – z oddali, z podziwem dla ich estetyki i świadomością, że w ogóle się w nich nie odnajduję.

Może to jest odpowiedź na to pytanie? Może cały ten post jest, w gruncie rzeczy, odpowiedzią na pytanie bez czego byłoby mnie mniej? A jedyna odpowiedź, której mogę udzielić brzmi: byłoby mnie mniej bez tych toków myślowych wydarzających się bez widocznej przyczynowości i konsekwencji, bez tych toków myślowych, które są intuicyjne i podskórne, mięsiste, emocjonalne, na pewno nie chłodno analityczne. Które się wydarzają we mnie, które są mną niezależnie od tego, czy próbuję odseparować się od nich i podejmować decyzje, kierując się logiką, czy też zamykam oczy i ufam im, zwyczajnie i bez fanfar. Którym się boję ufać, bo wydają się być nieracjonalne i zdecydowanie zbyt intuicyjne, a które – jeśli udaje mi się im zaufać – wkładają mi w ręce dokładnie to, czego potrzebuję. Które nie mieszczą się w żadnych słowach, co wydaje się mnie (zakochanej w idei słów chyba od przedszkola) fantastycznym, kosmicznym żartem świata, który czasem kocham, kocham z całego serca. Które są mną, tak zwyczajnie i po prostu.

Bez czego byłoby was mniej?