O lipcu

IMG_20170728_201032_840.jpgRano budzi mnie łopot skrzydeł motyla próbującego wydostać się z pokoju. Zastanawiam się, czy tak bardzo potrzebuję znaków, że dostrzegam je w najdziwniejszych miejscach, czy może świat faktycznie próbuje mi coś powiedzieć. Zastanawiam się też, czy faktycznie w lipcu częściej niż zwykle drobne szczegóły tego typu łapały mnie z zaskoczenia. I nie wiem, bo dni rozmywają się, a nieuchwycone chwile, o których przecież miałam nie zapominać nigdy, plączą się i blakną.

Lipiec był miesiącem (takiego) gnania – nie wiecznego, męczącego pośpiechu, który powoli wysysa spod skóry ostatnie krople energii, ale wyciągającego z łóżka co rano poczucia, że chcę więcej tego świata. Nie był to pierwszy taki miesiąc, oby nie jeden z ostatnich, bo jest w tym ciągłym ruchu coś, co rozpala zakończenia nerwowe i maluje uśmiech na wargach. Co sprawia, że chce mi się robić miliony rzeczy, rozmawiać z ludźmi i pilnować regularnych spotkań ze znajomymi, wracać do jogi (i trzymać się jej), pijać kawę, dużo, dużo czytać – i ja nie wiem, czy to jestem ja, czy byłabym taka zawsze, gdyby nie ten lęk ciągle szarpiący mnie za rękaw, czy może od początku postanowione było, że będą okresy, kiedy będę wstawać przed siódmą rano, żeby nie umknęło mi nic ze świata i takie, kiedy dni są jak przespane poranki, wilgotne od melancholii i pełne myśli, które przychodzą do głowy, gdy za długo siedzę wyłącznie w swoim towarzystwie.

W lipcu kupiłam lustro, które stoi w kącie i patrzy na mnie. Zaskakująco trudno się do niego przyzwyczaić, czasem planuję przyjrzeć się swojemu odbiciu i przypominam sobie o nim w połowie drogi do przedpokoju, na schodach, bo przecież w przedpokoju od niepamiętnych czasów stoi jedyne lustro, w którym można się przejrzeć w całości i które, podobno, wyszczupla.

Filterloop - 2017.08.12.07.33.03_1502559410049Poza tym, lipiec to nieskończone spotkania z ludźmi – wizyty w różnych kawiarniach, pub z kolbami zamiast szklanek (bo przecież i tak postanowiłam nie robić sobie wakacji od Politechniki), spacer po bulwarze, kawy pite w laboratorium, w którym zawsze, zawsze siedziałam dłużej niż miałam początkowo zamiar, a także wizyty w centrach handlowych, które w pamięci zlewają się ze sobą, tworząc nieskończoną plątaninę witryn sklepowych i stoisk. Lipiec to głód ludzi, który utrzymuje się do teraz (w sierpniu zaczyna doskwierać, jako że czasu jest więcej, a znajomi tak zajęci, jak byli wcześniej). Lipiec to zakupienie zeszytu z postanowieniem założę bullet journal (nawiasem mówiąc, sklep serdecznie polecam, a jakby ktoś zupełnie przypadkiem postanowił zasponsorować mi zestaw pisaków, długopisów bądź innych papierniczych bajerów to nie będę, absolutnie, narzekać). Lipiec to muzyka, dźwięki dobiegające ze słuchawek w tych rzadkich chwilach, kiedy miałam czas na wylegiwanie się na leżaku, a aura chciała mi to lenistwo ułatwić, dźwięki chodzące po głowie – chociażby ta piosenka, która dalej nie chce mnie zostawić w spokoju.

A jaki był wasz lipiec?

O słowach

tatu

Czasami spotykam się z kimś, kogo znam od wieków i wyłapuję spomiędzy jego słów obce frazy. Nie wiem, czy nasłuchuję ich ciągle, podświadomie analizując to, co słyszę, czy może obce nuty w dobrze znanej linii melodycznej każą zatrzymać się i wsłuchać w konkretną wypowiedź. Grunt, że jest w tym coś z tego zwierzęcego odruchu, który każe psom obwąchiwać ubrania i dłonie właścicieli w poszukiwaniu innych miejsc i zwierząt.

Różne są te słowa. Czasem wplatają się one w infrastrukturę zdań miękko i bez wysiłku, sprawiają wrażenie, jakby tkwiły w słowniku danej osoby od dawna, od zawsze – używane, lecz z jakiegoś powodu niezauważone lub dotąd przyczajone, wyczekujące na moment, kiedy usta nauczą się je wymawiać tak, jak chciałyby być wymawiane. Są też frazy, które budzą we mnie sprzeciw, wywołują skojarzenia z porysowaną płytą i dźwiękiem, który pojawia się tam, gdzie nie miało go być. Słowa, które bardziej odczuwam niż słyszę, przez które coś pod moją skórą kuli się i krzywi, a ja nie wiem, czy to przez moją niezgodę na tę zmianę, czy przez dysonans, który odczuwałabym również, słysząc z ust poważnej, słownikowo konserwatywnej osoby słowo elo. Ale niektóre wyrażenia budzą mój uśmiech, bo dostrzegam w nich innych ludzi, widzę w nich znajomych ze studiów, współpracowników, nowego chłopaka, czasem samą siebie – i to są słowa, która przedostają się na listy najczęściej używanych wyrażeń ukradkiem, przeciekają do nich w czasie dziesiątek odbywanych rozmów, przywodzą na myśl wspólnie spędzone chwile.

Ciekawa jestem czasem, czy ktokolwiek przygląda się tak mojemu słownictwu. Wydaje mi się, że słychać w nim mnie, moje ukochane książki, melodie najczęściej słuchanych piosenek, a także wszystkich ludzi, którzy są lub byli dla mnie ważni. Są słowa, które wymawiam czasem i rozpoznaję jako niemoje, o których wiem, że przychodzą mi do głowy ze względu na skojarzenie z inspirującymi mnie w jakiś sposób rzeczami i osobami. Są też takie, których pochodzenie zatarło się w pamięci – może krążą w żyłach od pokoleń lub przejęłam je już w czasie nauki mówienia, może są echem innych żyć i innych miejsc. Takie, które pchają mi się do ust, gdy jestem zdenerwowana (każąc zastanawiać się w duchu, czy jest jakiś maksymalny limit powtórzeń słowa generalnie i ile razy już go przekroczyłam), takie, których nie wypowiadam nigdy na głos, a jedynie piszę i takie, które podobno plączą się między językiem a podniebieniem zawsze wtedy, gdy jestem koszmarnie zmęczona lub lekko pijana (dlaczego?).

Zastanawiam się czasem, ile jest rodzajów słów, które wypowiadamy.