O chemii

12331929_589357407878165_946287818_n

Na wydziale chemicznym odbywał się i dopiero co skończył Bałtycki Festiwal Nauki. To znaczy, odbywał się na całej politechnice, ale nie przeszkadzało mi to mieć wrażenia, że u nas jest go najwięcej. Nie wiem, może dzieci najłatwiej jest zwabić tym, co wybucha, śmierdzi czy błyska światłem w dziwnym kolorze? Albo po prostu, tutaj przeszkadzają mi one bardziej, bo wszystkie ciche miejsca, w których można spędzić przerwy między zajęciami są nagle głośne i tłoczne, każdym korytarzem przechodzę, lawirując między uczniami?

W każdym razie, trwał Festiwal. Ci prowadzący, którzy zwykle chodzą po wydziale w koszulach i marynarkach albo przynajmniej w fartuchach, nagle przywdziali koszulki festiwalowe, ci spokojniejsi snuli się po uczelni, szukając (i nie znajdując) sobie miejsca, ci starsi zaszywali się w gabinetach – swoich i cudzych – i nie sposób ich było odnaleźć. Za to korytarzami dreptały grupki skrzatów starających się nie zgubić Pani, szukających łazienki lub przymierzającymi dumnie najmniejsze okulary laboratoryjne, jakie w życiu widziałam. Po uczelni wędrowały też grupy uczniów (na moje oko, gimnazjalistów), które deptały nam po stopach i torbach, zbyt zajęte rozglądaniem się, by patrzeć pod nogi i które na końcu oznajmiały dumnie patrz, wyglądamy jak studenci! ( a ja nie miałam serca wyprowadzać ich z błędu).

W połowie wykładu coś wybuchło za oknem. Po prawdzie, nie zdziwiło nas to zbytnio – możliwe, że kiedyś przez ten brak zainteresowania eksplozjami zginiemy marnie, ale na razie, na razie stanowiło to jedynie ciekawy element wykładu. Prowadzący na chwilę przerwał kolejne z rzędu wyprowadzenie wzoru i zapatrzył się na kłąb dymu w dziwnym odcieniu zieleni, który unosił się za oknem, wyraźnie odcinając się odcieniem od drzew. Nie miałam siły zastanawiać się, co to dokładnie było, choć pewnie nietrudno byłoby się dowiedzieć – słońce rozleniwia, równania na fizykochemii roztworów rzeczywistych jeszcze bardziej. Może lepiej wróćmy do wykładu.

Dopiero w przerwie, gdy z koleżanką zdecydowałyśmy się iść po kawę na drugi koniec politechniki, ona w pewnym momencie nachyliła się nade mną i powiedziała: to w sumie trochę oszustwo, wiesz? Naopowiadają dzieciom o cudach chemii, naobiecują wybuchów, one pójdą na studia i co? Okaże się, że wybuchy zdarzają się dopiero, gdy coś pójdzie nie tak. A i tak wtedy rzadko…

Może faktycznie warto mówić dzieciom, że tu rzadko coś wybucha, że głównie śmierdzi, że zapach marcepanu zaczyna się ludziom kojarzyć bardziej z aldehydami niż słodyczą, a na studiach będą pewnie strasznie chciały nie wyglądać jak studenci polibudy?

O byciu dobrym dla siebie?

2015-01-21-tumblr_n2367fl2gu1sn0z5fo1_1280

Uczę się być dobra dla siebie. To ciężki proces – każde niepowodzenie, każda kłótnia czy, chociażby, każde niezdane kolokwium cofają mnie na tej drodze tak, że potem przez kilka następnych tygodni z trudem, mozolnie powracam do punktu wyjścia. Bo perfekcję osiągam jedynie w samobiczowaniu. Jest we mnie część, która jest jest dla mnie surowa i bezwzględna i która potrafi być dla mnie taka, jaką nie chciałabym, nie potrafiłabym być dla nikogo innego.

Nie chcę żyć z tą częścią mnie, nie chcę dawać jej władzy, dodatkowej broni do ręki, większego pola do manewru. Wystarczy, że czasem budzi mnie w nocy, by przypomnieć głupią rzecz, którą powiedziałam trzy, cztery lata temu.

A przecież o wiele większe od tych ech ma znaczenie to, czy zdrowo jem, czy mój organizm ma wystarczająco dużo witamin i wody, czy miałam czas na tę książkę, którą tak strasznie chciałam przeczytać. Czy pomalowałam paznokcie na ulubiony kolor i czy przypadkiem nie zapijam kawą zmęczenia. O tym muszę pamiętać. Muszę, bo jak nie ja to kto? I właściwie, czemu ktoś inny miałby o to dbać za mnie?

Uczę się być dobra dla siebie. To trudny, żmudny proces pełen momentów, kiedy jestem niemal pewna, że od wieków stoję w miejscu i nic się nie zmienia i kiedy wydaje mi się, że wpadam pod wciąż te same pociągi. Ale są momenty, przez które wiem, że warto. Momenty, kiedy nie jestem zmęczona i niczego się nie boję, kiedy pod skórą czai się energia, czai się zaradność, czai się nie stłumione niczym przekonanie, że co by się nie wydarzyło i z tym sobie poradzę. W takich chwilach przypominam sobie, że jednak nie miałam racji, jednak lęk nie jest częścią mnie, że jednak jest, będzie dobrze i to jest moja zasługa. Bo jak nie ja to kto?

 

O lecie

18252661_1521886647823155_1939998017062961152_n

To nie jest tak, że moje lata znacząco różnią się od pozostałych pór roku – pracy jest, ile było, dopada mnie też czasem wrażenie, że tylko ja, sama, tylko mi brak życia towarzyskiego (co, na szczęście, dość szybko mija). Jak zimą czy jesienią wszelkie potwory i lęki wychodzą spod łóżka z podobną częstotliwością.

A jednak, jednak radości wydają się być nieco bardziej wyraziste, zdają się być bardziej esencjonalne. Myślę o chwilach przerwy między zajęciami, które spędzam z twarzą zwróconą ku słońcu (ja i kwiaty, przez moment wiedzione tym samym odruchem) i jest mi lżej. Myślę o sukience w kwiaty, o plecaku i roztopionych lodach ściekających po palcach. O chwilach, kiedy zbaczam z drogi i zamiast od razu kierować się na korepetycje (bo matematyka i chemia, bo zadania same się nie wytłumaczą), rezygnuję z najkrótszych dróg, by popatrzeć na morze. Myślę o ludziach, których krok wydaje się bardziej sprężysty i o nieco lżejszych spojrzeniach. O zapachu morza, który chowa się we włosach i wraca ze mną do domu, o politechnicznych tulipanach, które wyrastają pod wydziałem chemicznym, nie przejmując się docierającymi z laboratorium oparami ani tym, że tutaj pierwiastki są nawet wyrzeźbione na poręczach schodów. O gruszkowej lemoniadzie z dodatkiem szałwii, o muzyce w słuchawkach i śpiewie ptaków dobiegającym zza otwartego okna. O bańkach mydlanych skrzących się w słońcu, o niebie, które wydaje się jeszcze bardziej niż zwykle bezkresne. O zieleni drzew, której szlak zdaje się ciągnąć aż po horyzont i dalej. O kwiatach czereśni i pierwszych motylach.

Myślę o tym, wszystkim, co dla mnie nierozerwalnie wiąże się z latem i oddycha się lżej. Myślę o tym, bo teraz właśnie jest łatwiej do tych myśli wracać, bo wychodzą na powierzchnię wabione ciepłem i światłem. A kiedy wychodzą, przez sekundę, chwilę, moment zaczerpnięcia oddechu jest lekko, a po głowie krąży Neruda i jego noc przychodzi i zaczyna śpiewać mi. 

Jest pięknie, zachwycająco, przyśpieszająco-krew-w-żyłach, niewiarygodnie pięknie.

Co dla was jest esencją lata?

18380547_444801509187308_2500821686794846208_n

O kwietniu

dav
Ciasto w Tłoku dalej jest super, też polecam 😀

Ciężko byłoby mi podsumować ten miesiąc jednym słowem, jednym zdaniem. Mam w stosunku do niego mieszane uczucia. Także dlatego, że znowu złapałam się w sieć robienia za dużo i upierania się, że przecież wcale nic nie robię, jakim prawem jestem zmęczona? Muszę uważać, wiem.

Ale kwiecień to nie tylko nadmiar pracy i mieszane uczucia. Co jeszcze:

Wiosna

dav

Przeważnie niesłoneczna, za wietrzna i deszczowa, ale jednak wiosna. Okres chodzenia w trampkach i skórzanej kurtce nawet wtedy, gdy jest na nie jeszcze za chłodno. Okres wypatrywania kwiatów na drzewach i kwiatów w ogrodach. Możliwość przejścia się po trawie, zielonej kolorem świata świeżo budzącego się do życia. Pierwsze owoce (szklarniowe, oczywiście) i pierwsza sałata z działki od dziadka.

Pierwszy raz w tym roku wyszłam z domu na deszczowe popołudnie i krople spadające na skórę w końcu wydały się być orzeźwiające, a nie lodowate. Pierwszy raz w tym roku, po dosyć podłym dniu, wyszłam z klatki – zmęczona, senna, z zamiarem powrotu do domu i kolejnych obowiązków – i przystanęłam na środku chodnika z twarzą wzniesioną do chmur. I w końcu, w końcu deszcz zmywał resztki zimy z ziemi, ożywiał i orzeźwiał, mokry zapach powietrza sprawiał, że krew szybciej krążyła w żyłach. Ten pierwszy haust mokrego powietrza to jest właśnie wiosna w czystej postaci.

Książki

braciaburgess

Oprócz namiętnego kupowania (nad którym nie mam i chyba nie chcę mieć kontroli) książek, udało mi się też po część z nich sięgnąć i nadgonić trochę czytelniczych zaległości. W końcu.

W pamieć zapadła przede wszystkim książka Lucy Strout. Bracia Burgess, bo tę powieść akurat mam na myśli, z początku dawała się czytać powoli i nieśpiesznie, a potem całkiem mocno mnie wciągnęła. Warto nadmienić, że z tym wciąganiem nie miała łatwego zadania, bo nie jest to ani thriller, w którym trup ściele się gęsto, ani dramatyczny romans – jest to w sumie powieść obyczajowa. Dwaj bracia, których zdaje się łączyć jedynie wspomnienie wypadku, w którym zginął ich ojciec i fakt, że obaj zamieszkali w Nowym Jorku, wracają do miasteczka, w którym się wychowali, by pomóc mieszkającej tam siostrze. Otóż jej nastoletni syn wrzucił do meczetu głowę świni, czego sam nie potrafi do końca zrozumieć ani wyjaśnić, a co w znaczący sposób wpływa zarówno na życie jego rodziny, jak i całego miasteczka.

Po książkę zdecydowałam się sięgnąć w momencie, w którym przeczytałam, że jest zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami, a moje serce skradł już fragment prologu, w którym matka pisarki mówi, że nie pisze ona o nikim znajomym, bo tak naprawdę to nikt nikogo nie zna. I faktycznie, nie znają się nawet bohaterowie, nie znają się i nie lubią, a łączą ich przecież więzi krwi czy przyjaźni. I przyznam się, że ja też na początku ich nie lubiłam. Z tym, że potem przyszło współczucie, a na końcu zrozumienie i poczucie, że są oni po prostu bardzo, bardzo ludzcy.

I właśnie dlatego książkę polecam. Sama pewnie się kiedyś zabiorę za czytanie pozostałych powieści Lucy Strout. A na razie podczytuję Wordcrime na zmianę z Wte i wewte, z tłumaczami o przekładach. No i szykuję na nową powieść Żulczyka.  

dav

Moje „artystyczne” zacięcie

dav

Wielkanoc jako święto nieszczególnie mnie fascynuje (nie mówiąc już o tym, że zawsze wolałam Boże Narodzenie), ale zdecydowanie pozwoliła na złapanie oddechu. Kilka wolnych dni, które jej towarzyszyły poświęciłam przede wszystkim na malowanie i kolorowanie akwarelami, bo wciąż sprawia mi to sporą frajdę, a także na pierwsze próby z kaligrafią.

Szczerze mówiąc, kaligrafia ma tę zaletę, że tyczy się słów, a ja mogę bez końca zapisywać śliczne cytaty i frazy, które przykuły moją uwagę. A nowoczesna kaligrafia nie wymaga ode mnie perfekcyjnego pisania od linijki ani profesjonalnego sprzętu za nie wiadomo jakie pieniądze. I można ją ćwiczyć wszędzie – także siedząc na wykładzie.

Ponadto, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, rysuję sobie kwiatki:

dav

Filmy i seriale

broadchurch_series_3Skończyłam trzeci sezon Broadchurch. Trzeci, równie fantastyczny, co pozostałe, ale niestety ostatni. Jeszcze nie pogodziłam się z tą myślą, bo to jeden z tych seriali kryminalnych, które mają świetną obsadę, fantastyczną fabułę (w każdym sezonie rozwiązanie zagadki jakoś mnie zaskakiwało) i powolny, nieśpieszny sposób kręcenia, od którego się uzależniłam. No i chyba pierwszy raz w serialu kryminalnym chodzi o szukanie gwałciciela, a nie mordercy (najlepiej seryjnego, najlepiej mordującego w sposób krwawy i dziwaczny). Też polecam, bardzo. Strasznie niedoceniony jest ten serial w Polsce, moim zdaniem.

mv5bmji4mzu5ntexnf5bml5banbnxkftztgwnzy1mtewmdi-_v1_uy1200_cr9006301200_al_Polecam też Moanę, która z jakiegoś powodu w Polsce została nazwana Vaianą. Istnieje szansa, że tylko ja jeszcze nie widziałam tego filmu i polecenie trafi w pustkę, ale kto wie? Może nie tylko ja oglądam filmy z mocnym opóźnieniem?

W każdym razie, darzę ten film silnym, dziecięcym uczuciem. Nie jestem do końca pewna, czy bardziej tyczy się to muzyki, czy obrazów, ale nie będę się zastanawiać. Grunt, że się zachwycam i polecam.

Nie polecam za to Amoku, na który wybrałam się z przyjaciółką do kina. Przeżycie osłodziły nam jedynie możliwość komentowania na głos i świadomość, że fartownie nie płaciłyśmy za bilety. Naprawdę, ostatni raz tak często powtarzałam nie wierzę, że oglądam coś takiego na Sali samobójców. Nawet muzyka mnie denerwowała…

Drobiazgi

dav

Poza tym, znowu byłam na kawie i ciachu z przyjaciółką. Kupiłam szkicownik, nowy lakier do paznokci, pełno książek. Spotkałam się z ludźmi z poprzednich studiów i spędziliśmy zaskakująco długą chwilę dyskutując na temat kiepskich fanficków z Harry’ego Pottera (nie sądziłam, że kiedykolwiek będę czytać na głos w pubie Harry Potter i plomien miłosci, a jednak, stało się). Słuchałam namiętnie Taco i ścieżki z Moany. No i jeszcze nie rzuciłam biegania…

A jak Wam minął kwiecień?

O niczym szczególnym, właściwie

 

hello-may

Ostatnie tygodnie jakoś wymknęły mi się z rąk, rozsypały się jak plik kartek w letni dzień. Czasem tak bywa. Zwyczajnie brakuje czasu lub słów, lub słów, które miałyby jakieś znaczenie w tym czasie.

Maj nie zaczyna się tak, jak miał się zaczynać. Nie zaczyna się tak, jak chciałam, żeby się zaczął. Plany posypały się jakoś, majówkę spędzam w domu, moja mama utożsamia odpoczynek z remontem i kompletnie nie rozumie idei czasu przeznaczonego na odpoczynek. A jej geny (wychowanie) szepczą mi do ucha wieczorami o powtórce materiałów, którą mogłabym zrobić w tym czasie. Na zewnątrz jest o wiele za zimno na godziny spędzane na leżaku i spacery w koszulce z krótkim rękawem. Złamałam paznokieć i nagle okazało się, jak ciężko mi się żyje bez paznokci wystarczająco długich, by coś nimi podważyć lub podnieść z ziemi.

Czasem tak bywa.

IMG_20170428_200523.jpgPrzekonuję samą siebie, że nie wszystko musi być takie, jakie to zaplanowałam i że nie wszystko musi być perfekcyjne. W dni, takie jak ten, nawet mi się to udaje. Bo mogło być szaro, deszczowo i wstrętnie, a jednak słońce przygląda mi się przez szybę. Niebo jest błękitne i bezchmurne. Nawet jeśli nie widać jeszcze lata na horyzoncie, na pewno czuć je w powietrzu. Przynosi je delikatny wiaterek, nadmorska bryza, która zabłądziła gdzieś w drodze na plażę. Jest pięknie.

Kupiłam sobie nowy lakier do paznokci, który skrzy się jak gwieździste niebo nawet wtedy, gdy pomalowane nim paznokcie są absurdalnie krótkie. Kupiłam pełno, pełno książek, które czekają na mnie z niecierpliwym podekscytowaniem. Kupiłam szkicownik, w którym będę rysować wianki – skoro w okolicy nie ma kwiatów, równie dobrze mogę stworzyć je sama. Jutro idę na zakupy i obiad, będę jeść w słońcu, będę jeść w marokańskiej restauracji, w której jeszcze nie byłam i będę bawić się dobrze. Z głośników płynie muzyka, melodia wydaje się miękka i przytulna, a ja nie wiem, czy to zasługa piosenki, czy wyczekiwanej chwili wolnego. Nie ma to znaczenia, i tak jest pięknie.

Poszłam rano na spacer z psem (w bluzie, bo jednak nie jest tak ciepło i z mokrymi włosami, bo jednak jest maj). Pies biegał po polu, merdając ogonem. Oglądał się za siebie, upewniając się co jakiś czas, czy na pewno go gonię, czy na pewno bawię się z nim. A potem ułożył się w cieniu i zasnął. A ja przyglądałam się mu, zastanawiając się, na co ja właściwie narzekam? Skoro pies uznaje te pierwsze dni lata za idealne wakacje to czemu by nie przyjąć, że widzi więcej i wyraźniej? Czemu po prostu nie uznać, że jest pięknie?