O rodzinie?

IMG_20170417_172012.jpg

Moja babcia robi na drutach, dzierga, siada przy maszynie do szycia i przerabia firany kupowane w second-handach. Ma w domu rzeczy, o których nie mam pojęcia, a o których wiem jedynie, że mają coś wspólnego z tymi zajęciami. Robi serwetki, z których potem nie korzysta, swetry, które czasem pruje i dzierga ponownie. Czasem wzrusza ramionami i mówi muszę mieć jakieś zajęcie, nie umiem usiedzieć w miejscu. Upijam łyk herbaty, patrzę na nici czy włóczki i mówię no wiem, bo ciężko byłoby tego nie zauważyć.

Moja mama nauczyła się robić na drutach, kiedy miała kilka czy kilkanaście lat i siedziała chora w domu – babcia przed wyjściem do pracy dała znudzonemu dziecku druty i włóczkę, żeby się czymś zajęło podczas jej nieobecności. Też kiedyś próbowałam robić na drutach – miałam niezdarność wymalowaną na dłoniach, napięcie w ramionach i przestrzeni pod mostkiem, a dziesięć minut później mama wybuchnęła śmiechem na widok moich prób. Nie próbowałam już więcej.

Mama robiła na drutach. Właściwie, robiła chyba wszystko. I wszystko doskonale jej wychodziło. Pamiętam kwiaty, i fragmenty zielnika malowane na drzwiczkach szaf, które potem przez lata stały w garderobie. Czapki i szaliki robione na drutach. Romby wycinane z ciasta i posypywane cukrem. Malowane i szyte patchworki, ścianę w mojej szkole, na której widniał bajkowy świat pełen kwiatów i skrzatów.

Nie pamiętam tylko, kiedy ostatnio moja mama coś malowała, dziergała, robiła na drutach. Czasem kupuje włóczki, ogląda w internecie dwieście różnych kolorów, pyta o to, który z pięciu odcieni niebieskiego jest lepszy i nigdy nie kieruje się naszymi radami. Na któreś urodziny dostała książkę do kolorowania i kredki – perfekcyjnie naostrzone kredki zbierają kurz, książka leży gdzieś w domu, a w reakcji na wszelkie pytania, mama mówi, że nie ma czasu na głupoty, a ja przez moment jestem sfrustrowana i smutna, i mam ochotę krzyczeć.

Ostatnio wracam myślami do tego tematu. Myślę o tym, jak mojej mamie z łatwością wychodziły wszystkie artystyczne rzeczy, za które się zabierała i jak mnie to deprymowało w dzieciństwie. O tym, jak teraz nie robi żadnej z tych rzeczy i o tym, jak moja babcia nie chce albo nie potrafi przestać. O tym, że sama miewam palce pobrudzone tuszem, kolorowe ślady farb na przedramionach, biurko zawalone kartkami i dziecięcą ochotę, żeby podsunąć mamie pod nos kolorowe kartki i powiedzieć zobacz, sama to zrobiłam.

IMG_20170312_103652_733

O marcu i lutym

O marcu i lutym

Luty i marzec przemknęły  szybko, na tyle szybko, że zdają się w pamięci zlewać ze sobą. Ciężko jest jest stwierdzić, gdzie kończy się jeden miesiąc, a zaczyna drugi. Co da się z tych miesięcy wyciągnąć?

Urodziny

dav

Pod koniec lutego obchodzę urodziny, podobnie jak chyba połowa moich znajomych.  Z tego względu, gdzieś od połowy lutego do połowy marca obchodzę urodziny (trochę na raty).

Odkąd pamiętam, moi rodzice narzekają na konieczność kupowania mi prezentów, bo (podobno) strasznie ciężko mi coś kupić. Pewnie dlatego cieszę się zawsze, gdy moim znajomym udaje się kupić mi prezent bez wyrzutów i kwartalnego opóźnienia. A jak komuś uda się mnie zaskoczyć to waham się między wykrzyknięciem „żyć, nie umierać!” a stwierdzeniem, że mogę teraz umrzeć szczęśliwa.

Z ciekawych rzeczy: w tym roku dostałam ramkę z wypisanym cytatem z ukochanego musicalu – mam słabość do musicali, mam słabość do Hamiltona, mam słabość do cytatów wszelkiej maści. No i nie mam pojęcia, kiedy ostatnio dostałam coś ręcznie robionego, ale mam wrażenie, że lata, lata temu.

Koncert

IMG_20170319_000541
Zdjęcie stąd. Ja tak nie umiem, niestety.

Kolejnym prezentem był bilet na koncert. Z resztą, bardziej sam koncert niż bilet, zważywszy na fakt, że w prezent wliczało się i towarzystwo, i świadomość, że mogę zachowywać się trochę jak podekscytowana gimnazjalistka i nikt mnie nie będzie osądzał.

O swoich koncertowych przeżyciach pisałam ostatnio, o swoich koncertowych zachwytach chyba nie muszę pisać nic więcej ponad to, że chyba nic innego nie sprawia, że krew zdaje się płynąć szybciej, tętno wybijać rytm wyraźniej, a nerwy i stresy rozpuszczają się i znikają.

A ja w ramach pokoncertowego przeżywania ustawiłam sobie to zdjęcie, skądinąd fantastyczne, jako ekran blokady i tkwi tam do dzisiaj.

Książki

IMG_20170305_090955_448

Pod względem przeczytanych książek, ostatnie dwa miesiące nie zachwycają, co może ale nie musi mieć związek z ilością oglądanych filmów i seriali (i z tym, że dzięki Daily Show Last Week Tonight jestem na bieżąco z amerykańską polityką jak nigdy wcześniej). Ale za to mogę przyznać, że większość moich wydatków to były książki.

Przekonuję siebie, że nadrobię zaległości czytelnicze w okolicach Wielkanocy, a wydane pieniądze uznaję za inwestycję w prezent urodzinowy dla siebie samej i koję w ten sposób zakupowe wyrzuty sumienia.

Wpadł mi w ręce nawet tomik Mleko i miód, na punkcie którego oszalał chyba cały instagram. Nie wiem, czy bardziej cieszę się z tego, że ludzie jeszcze czytają poezję, czy z tego, że wydano go w wersji dwujęzycznej – jeśli o mnie chodzi, wszelką poezję powinno się tak wydawać.

Spotkania

IMG_20170302_085345_509

Udało mi się wyjść na piwo ze znajomymi ze studiów inżynierskich (a kiedy piszę na piwo, mam na myśli miejsce, w którym sprzedają piwo, a w którym ja testuję bezalkoholowe napoje z racji permanentnego zmotoryzowania) i niemal stracić głos w czasie tegoż spotkania.

Byłam też na urodzinowej kawie i w urodzinowym kinie, więc obejrzałam La la land zanim przestali wyświetlać go w kinie (moje małe, prywatne zwycięstwo). Film przypadł mi do gustu, kawa i kawiarnia również, chociaż dalej uznaję książki w zamkniętej gablocie za dosyć ponurą i okrutną dekorację.  Kto trzyma książki wyłącznie jako ozdobę? I czemu nie mogłam wziąć nawet tych starych numerów Literatury na świecie? Jestem pewna, że byłoby im u mnie lepiej…

Wiosna

No i wiosna, jakże by inaczej. Pierwsze davsłoneczne dni, nieśmiało wyrastające liście, powoli otwierające się pąki. Zapach morza niesiony z wiatrem, śpiew ptaków. Dzieciaki na rowerach, niewiarygodnie zielona trawa, martensy rzucone w kąt. Wszędzie trampki i skórzana kurtka, nawet kiedy jeszcze zimno i mgła.

Wiosna, w końcu.

A jak wam minęły te ostatnie miesiące?

O takich dniach

deszcz

Wejdź przez okno, nie dzwoń,
nie bądź wybredna, jeszcze raz zdecyduj,

że ja.

Są takie dni, kiedy jedyną sensowną rzeczą jest deszcz. Kiedy odgłos spadających kropel koi, bo przez moment wydaje się, że chociaż troska i współczucie świata są na wyciągniecie ręki. Kiedy naturalną pozycją wydaje się być jedynie skulone w rogu pokoju ciało. Kiedy jest tak, jakbym miała znowu dwanaście lat, czując się całkowicie i niewyobrażalnie sama, udawała, że to cudzy głos powtarza, że wszystko będzie dobrze. Kiedy muszę się przyznać sama sobie, że od paru dni śni mi się ona i zawsze, zawsze mówi, że jestem jednym wielkim zawodem, pomyłkom, niewypałem. Kiedy jest źle, a ja nie potrafię do nikogo zadzwonić (bo skoro ona ma mnie gdzieś to czemu ktokolwiek inny nie miałby mieć?), a w międzyczasie okazuje się, że jedyna rzecz, w której jestem bezwzględnie fantastyczna to samokrytyka.

Są takie dni, kiedy myślę, że w gruncie rzeczy nie zmienia się nic. Że jedyne co udało mi się zmienić w swoim życiu to oduczenie się pisania w trzeciej osobie:

 

2015: A potem znowu ten lęk, niepokój, niepewność tego jak ona zareaguje na wszystko – ciężko się oddycha w świecie bez reguł, gdzie każda z rzeczy może być twoją winą, może być czyjąkolwiek winą i potem ta mieszanka uczuć, których nie umiesz rozplatać i nazywać, a która pali od środka, wypala coś ciężkiego pod skórą i nie możesz oddychać.

2014: Już od paru dni trzyma się ciebie nerwowy niepokój, nie możesz sobie znaleźć miejsca, zastanawiasz się, czy ziemia nie rozpada się ukradkiem. Być może to tylko gra – ty i świat w nieskończonym zakładzie, w ciągłym tańcu przyciągań i odepchnięć, a ostatnie dni to czas, gdy nie ty rozdajesz karty. Kocham to, czego nie mam, wracająca nocami wątpliwość, czy są ludzie skazani na tęsknotę i nostalgię?

2013: Rzuć się do ucieczki, dziewczynko, przed czworonożną bestią paranoi. Tą, która ma ostre zęby i twarde pazury, tupot jej łap powraca do ciebie w snach. Więc biegnij, ona wytrwale podąży twoim śladem. Klucz między drzewami. Slalomem mijaj latarnie, bo ona pędzi z przyprawiającą o zawrót głowy prędkością, bo jest silna i dobrze odżywiona (nakarmiona echem jesteś sama, ciągle, zawsze sama, nie masz uczuć, serca, coś z tobą strasznie nie tak, dziewczynko).

2012: Są takie dni, kiedy świat zdaje się być ciemny, ciężki i brudny. Szczególnie ciężki, gdy spada na barki, na głowę. Rozlatuje się na kawałki, rozpada. Przenika przez skórę, wplata się w krwiobiegu między płytki krwi, wnika w tkanki. Wczepia się we włosy, osiada na rzęsach, przesłaniając obraz mgłą, odkłada się w mięśniach ramion, wiąże niepodobierane, nieodpowiednie słowa, przykrywa zmysły niczym gruba warstwa waty, ciąży, osadzając się pyłem na dnie płuc, rozpada.

2011: Czasami bywa – jest – ciężko. Ciężko, bo ciężko jest mi oddychać, a niczego innego nie chcę bardziej niż zaczerpnąć głęboki haust świeżego powietrza. A noce są ciemne, wstrętne i zimne, nie mogę przestać myśleć ani do końca wypełnić głowy własnymi myślami.

2008: Zamknięte oczy, uczucie wilgoci pod powiekami. Wszystko będzie dobrze, powtarzam.

 

Są takie dni. Na szczęście, to mija.