O koncertach

dsc_3748-5415433ad570c
Zdjęcie stąd, żeby nie było.

Jest taki rodzaj lęku, który przychodzi, gdy mamy sięgnąć po ukochaną książkę sprzed lat, powrócić do miejsca uwielbianego w dzieciństwie czy w jakikolwiek inny sposób zetknąć się z jakimś dawnym obiektem zachwytu. Czasem jestem go doskonale świadoma, czasem przychodzi znienacka i dopiero po odłożeniu książki czy opuszczeniu jakiegoś miejsca uświadamiam sobie, że trochę wstrzymywałam oddech. Bo może się okazać, że nie ma już żadnych zachwytów i żadnych uniesień, bo tam, gdzie kiedyś znajdowały się łzy wzruszenia czy wypieki fascynacji, jest tylko znużona obojętność. Jest przecież szansa, że nie ma już nawet resztek nostalgii, że nawet ona ustąpiła miejsca kręceniu głową, cichemu jak to jest strasznie napisane… czy co ja w tym widziałam? A wtedy miłe wspomnienie wyblaknie, zatrze się, pęknie jak bańka mydlana i tyle będzie z tych wszystkich wieczorów spędzonych nad lub z czymś.

Czasem łapię mnie ten lęk. Wracam co jakiś czas do ukochanych książek, otwieram je zawsze z lekką tremą i niepokojem. Przypadkiem widzę w telewizji film czy serial, który kiedyś kochałam i waham się, czy obejrzeć, czy szybko zmienić kanał. Trafiam na miejsca, w których przesiadywałam w dzieciństwie i czuję się jakbym patrzyła w krzywe zwierciadło – wszystko jest powykręcane, dziwaczne, odbiegające od tego, co mam w głowie, a ja nie jestem pewna, który z obrazów jest bardziej prawdziwy.

Tak samo boję się czasem, gdy idę na koncert. Jest we mnie obawa, że może na największe zachwyty jest czas między trzynastym a osiemnastym rokiem życia i te niedające się opisać, niewiarygodne euforie koncertowe skazane są na stopniowe blaknięcie w moich wspomnieniach. Zastanawiam się, czy przypadkiem moja sympatia do koncertowych tłumów nie była tylko przejściowa i czy wyjdę kiedyś z klubu ubrana w irytację i zniechęcenie, złoszcząc się na tłumy, ludzi, zapach piwa i za głośną muzykę. A potem przytrafia się, przydarza jakiś koncert, który sprawia, że coś mieszkającego pod skórą zapewnia, że jeszcze nie, może nigdy nie…

Wciąż jest coś fantastycznego w tym, jak muzyka daje się wyczuwać pod stopami, jak rytm wsiąka pod skórę i przestaję być pewna, czy wyczuwam wibracje, czy bicie własnego serca. Jest coś świetnego w tym, jak tłum ludzi, który napiera i depcze, nagle przestaje być irytujący, bo reaguje na te same dźwięki tym samym zachwytem i zdaje się mieć pod skórą ten sam głód energii. I nagle chce mi się śmiać, chce mi się uśmiechać – od tak, bo nagle wiem, że jestem tu i teraz, bo to zestresowane zwierze we mnie przeciąga się jak leniwy kot odpoczywający na słońcu. Ten supeł we mnie rozwija się i rozplata, choć przez moment nie martwię się niczym, a zamiast niepokoić się, kocham muzykę pod skórą, uśmiech ze sceny i głos, i feerię barw, z których utkane są światła, i słowa, i ręce wyciągnięte wysoko ku górze.

O wiośnie

d1057d79023465252cd02f438613f82c

Wiosna przychodzi powoli i nieśpiesznie. Wpierw przynosi lepką papkę deszczu ze śniegiem, później deszcz. Mokra ziemia budzi w nas nadzieję na listki i pąki, na razie jedynie nadzieję. Co jakiś czas, wychodząc z domu, łapię powiew wiosny – miękki, niedający się opisać zapach, który przywodzi na myśl kwiaty i światło, i śmiech, i miękką, niesamowicie zieloną trawę pod stopami. Czasami słońce świeci mi prosto w oczy, jego kolor jest soczyście sierpniowy i przez moment jestem pewna, że na zewnątrz jest te dwadzieścia parę stopni.

Powoli, powoli przychodzi wiosna. Czuję ją pod skórą, czuję ją pomimo zmęczenia, przeziębienia dającego mi w kość i stresu zaciskającego chłodne, lepkie palce na mojej skórze. Czuję ją, gdy za oknem jest szaro i ciemno, sennie i mokro, i kiedy wszystko cieknie. Gdy zamykam oczy, do głowy przychodzą słodkie, soczyste jabłka, których sok ścieka po brodzie przy pierwszym i ostatnim kęsie. Nektarynki, za którymi nie przepadałam w dzieciństwie, choć teraz trudno mi zrozumieć, jak mogłam nie lubić tych mieszczących się w dłoni kulach w kolorze słońca. Niezawodnie zielona cukinia, fantastycznie fioletowe bakłażany (maluję paznokcie i myślę o bakłażanach, o ich głębokim, do bólu soczystym kolorze). Granaty brudzące ręce i mango, którego nie da się nie jeść rękami. To jest głód, do którego nie przyznaję się na głos, bo to jest głód wiosny. Babcia od dwóch, trzech tygodni kupuje hiacynty, gdy wpadam z wizytą, już w drzwiach wyręcza mi siatkę pomarańczy i wskazuje wyciskarkę do cytrusów – nie pytam, nie muszę pytać, czy też jest głodna wiosny. Mama kupuje sałatki i sałaty, przebiera w sklepowych jabłkach, szukając tych największych i najsłodszych, kupuje zioła w doniczkach, które prędzej czy później i tak więdną – rozmijamy się w gustach smakowych, rozmijamy się okropnie, ale może kieruje nami ten sam głód?

Jestem głodna też życia. Ten głód powoli wspina się po skórze, napełnia nadzieją, że uda mu się zastąpić lepki niepokój, który klei się do rąk od paru tygodni. Na razie stres trzyma się mocno (podsuwa zmartwienia, których absurdalność to tylko kolejny powód do zmartwień, przypomina wszystkie głupie rzeczy, które zrobiłam od opuszczenia przedszkola i sprawia, że nie opuszcza mnie poczucie, że gdzieś tam zostawiłam coś – włączone żelazko, niezamknięte drzwi, niezałatwioną sprawę – przez co niedługo skończy się świat). Na razie stres trzyma się mocno, ale staram się być dla siebie dobra i to pomaga. Może dlatego, mimo lęku, czuję ten wiosenny głód, który powoli wzbiera pod skórą. Powoli sprawia, że zaczynam znowu być głodna kolorów i dźwięków, muzyki, słów, nowych rzeczy, rysunków i zdjęć, palców ubrudzonych farbami, jeszcze nie poznanych języków, ludzi, książek czekających na przeczytanie i całego świata, który przecież jest, a to powinna być wystarczająca zachęta.

Nie wiem. Mam wrażenie, że po raz pierwszy próbuję wsłuchiwać się w to, co próbuje powiedzieć mi mój organizm. I po raz pierwszy staram się słuchać z troską, nie osądzać. I czasem koszmarnie mi nie wychodzi, czasem jest ciężko, a czasem, czasem czuję wiosnę pod skórą, bo może jestem częścią tego, co budzi się i rośnie.

O pożarach

howl-ginsberg

Płonąć bez przerwy, cierpiąc oparzenia od środka, rozszerzające się niby sekretne dojrzewanie owocu, być pulsem płonącego stosu wśród niekończącego się morza kamieni, krążyć wśród nocy naszego życia ze ślepym posłuszeństwem krwi w jej zamkniętym obiegu.

Są takie dni, kiedy nie mogę spać, bo istnieje za dużo możliwości. Są takie dni – rzadsze i krótsze niż kiedyś, ale wciąż obecne – kiedy świat migocze, skrzy się, tysiącem palców wybija rytm, przy którym nie sposób zasnąć i który przypomina ciągle, nieustannie, że gdzieś tam czeka wszystko i kto by chciał marnować taką pewność na sen?

Często wracam myślami do tych dni. Przypominam je sobie, gdy wschodzące słońce ma ten wiosenny odcień, który sprawia, że światło zdaje się być utkane z obietnic i możliwości albo gdy z trudem zwlekam się z łóżka, próbując zebrać myśli gęste i lepkie jak melasa. Myślę o nich w tych okresach, gdy pod skórą mam rój mrówek, gniazdo nerwowej energii, niepokój przekonujący, że na pewno zaraz coś się stanie. I, przede wszystkim, gdy dni są dobre lub średnie, a świat zdaje się być zbudowany z łagodnych wzniesień i obniżeń terenu, pasteli i odcieni szarości, gdy ja powoli zaczynam się zastanawiać, czy te skrzące się, eksplodujące feerie barw na pewno są czymś więcej niż wytworem wyobraźni?

Może to niemożliwe, że świat czasem zdaje się mówić, zdaje się wyciągać ręce i mrugać porozumiewawczo, gdy idę ulicą lub wyglądam przez okno, a obraz przed moimi oczami zdaje się być zbudowany z zachwytów? Może to niemożliwe, żebym się czuła, jakby każde zakończenie nerwowe mieniło się wszystkimi kolorami tęczy, płonęło od środka, zmuszało do spędzania nocy na syzyfowych próbach wypisania z siebie tego uczucia, którego nie potrafię nazwać ani opisać, a którego wspomnienie zapiera mi dech?  Może to, co pamiętam to jedynie wykrzywiony przez czas obraz i wcale nie było ani tych wspaniałych dni zachwytu, ani tych godzin spędzonych na bezsennym przewracaniu się z boku na bok, gdy coś we mnie rwało do przodu czy na próbach uchwycenia własnych myśli, gdy pod skórą miałam kolejkę górską poszarpanych zdań i niedokończonych skojarzeń? Może nie było, nie było tego wszystkiego?

A potem znajduję stare zapiski na serwetkach i ostatnich kartkach zeszytów czy resztki internetowych śladów i czytam:  Wszystkiego wokół jest za dużo, za bardzo i za mocno, i to jest kara, ale też nagroda, niesłychana nagroda, potykająca się o słowa euforia eksplozji, która cię niszczy i stwarza na nowo, i nic innego nie liczy się aż tak. Może to wszystko jednak było, a jeżeli było – co z tego? Mam pod skórą coś, co przychodzi i odchodzi, kiedy chce, mam w krwiobiegu melancholie i zachwyty, karuzelę emocji, które tylko czasem decydują się zabrać mnie ze sobą na przejażdżkę. Może to okruchy czegoś, czego nie powinnam analizować, bo niepokój i nerwowość, i zawsze znajdę coś, co jest ze mną nie tak. Albo cała byłabym taka, gdyby nie niepokój, melancholie, nadmiary ambicji i poczucie, że zaraz coś rozbije się w drobny mak (bo to drobne pochłaniacze energii, które każą rozmieniać się na drobne i bez których – być może – wszystko migotałoby stale).

To czasami, podczas którego roztrząsam te dni, to przeważnie odcinek między wjazdem na obwodnicę a dotarciem do Gdańska. Może niestety, bo wielkie odkrycia i próg samoświadomości kryją się o jedno skrzyżowanie czy zakręt dalej. Może na szczęście, bo nie zapętlam się, jak płyta, do zdarcia. Może to zwyczajnie nie ważne.