O nostalgiach

monachopsis-obscure-dictionary

Przykleiła się do mnie nostalgia, przykleiła i trzyma. Nie jestem w stanie do końca ustalić od kiedy. Może gdzieś w kinie, między jedną a drugą melodią ze ścieżki dźwiękowej, wypełzła spomiędzy dekoracji, spod kinowych foteli. Może przywarła do rąk w chwili zakupu biletów i od początku nie miałam z nią żadnych szans. Myślę, że była tam, gdy wczoraj z kinowych foteli podnosiłyśmy się niechętnie, nie godząc się na pozostawienie za sobą kinowej atmosfery.

Nim pozbierałyśmy torby i płaszcze, para z ostatniego rzędu opuściła salę, wymieniając się uwagami o tym, jak bardzo nie podobał im się ten film. What a waste of a lovely night, powinni byli powiedzieć, ale był środek zaskakująco słonecznego dnia, a oni wyglądali bardziej na wzruszenie ramion i roztargnione do kitu niż rzucanie cytatu z filmu, który właśnie im się nie spodobał. A potem już tylko chłopak sprzątający kinowe sale, który patrzy na nas wyczekująco, pozostając na granicy niecierpliwego tupania nogą, gdy zbieramy się do wyjścia – ostatnie, ale wciąż w czasie napisów. Potem myśl, że przecież kiedyś oglądałyśmy napisy do końca, aż do ostatniej linijki, aż do nazwisk osób zajmujących się cateringiem i czarnego ekranu i nikt nas wtedy nie poganiał. A potem oślepiające zimowe słońce, przekonanie, że z kina powinno wychodzić się wyłącznie wieczorem, wyłącznie na pochmurną lub gwieździstą noc. I świadomość, że i niezadowolonej parze,
i zniecierpliwionemu sprzątaczowi raczej obce jest to wrażenie.

Może nostalgia złapała mnie gdzieś w okolicach przedwczorajszych urodzin. Przyszła z iskrą lęku na myśl, że czas mija nieprzerwanie i nieubłaganie. Z powiewem obojętności, który każe przyjrzeć się dziecku pod skórą z politowaniem i powiedzieć masz urodziny, super, co z tego? Mimo wszystko, dziecko wygrywa, tupie nogą i namawia na zrezygnowanie z biegania, zrezygnowanie z obowiązków i powinności, pulchnym palcem wskazuje na wieczór spędzony z rodzicami na oglądaniu głupawych seriali. A ja mu ulegam, zmęczona pograniczem, nieobojętność i niedziecko, ale na pewno nostalgia.

Może nostalgię znalazłam w filiżance kawy, na którą poszłyśmy po kinie. Może wspinała się po zacieku na bieli, gdy rozmowy innych ludzi były za głośne, dekoracja z książek zamkniętych w gablocie nieco łamała mi serce, a nad książkowym więzieniem wisiał cytat z Orwella. Może kiedy na usta cisnęło mi się głupie czemu nie pochwaliłaś się diagnozą od psychiatry?, którego w końcu nie wypowiedziałam na głos, a które od wczoraj stoi mi w gardle i nie pozwala otrząsnąć się z poczucia absurdu.

Może sęk w tym, że to ja jestem nostalgią i melancholią, może ja brudzę filiżanki, bilety do kina i urodzinowe życzenia. Zwalam winę na świat, twierdzę, że La la land to nie jest film na wychodzenie z nostalgii, że Wieloryby i ćmy Twardocha, i szarość, i deszcz to nie warunki do wychodzenia z nostalgii. Ale może z niej nie da się wyjść, bo ona nie przychodzi z daleka, a jedynie wzbiera we krwi? Może powinnam wzruszyć ramionami, spod półprzymkniętych powiek przyglądać się urywkom zdań bez początków i końców, które senność skleja ze sobą tak, że zrozumiałe są jedynie w półśnie, a wypowiadane na głos okazują się być zupełnie bezsensowne. Może powinnam przeciągnąć się leniwie, napić kawy i – pełna nieprzegonionej niczym senności – zauważyć: what a waste of a lovely night.

O zdziwieniu i pewnościach

dav

Czasami mam ochotę potrząsnąć ludźmi, ta potrzeba wzbiera pod moją skórą, a krew staje się wzburzonym morzem. Mam ochotę potrząsnąć ludźmi, z którymi rozmawiam, których wypowiedzi czytam czy widzę, bo nic nigdy nie było i nie będzie do końca czarno-białe, a oni mówią, twierdzą z uporem maniaka, że rząd, że lekarze, że ludzkość, obcokrajowcy i rodacy, że policja, że życie, że bóg. Oni mówią, a we mnie coś nie może uwierzyć w zajadłość ludzi otwierających przeglądarkę internetową tylko po to, żeby powiedzieć fanom, że ich idol nie jest wart funta kłaków albo żeby napisać, że muzułmanie/feministki/katolicy/jakiekolwiek grupy ludzi nie zasługują na to, by żyć. Nie mieści mi się to w głowie, bo pewności dopadają mnie tylko czasem i tylko na chwilę, bo przeważnie wszystko ma dwie, trzy, milion stron i nawet stojąc przed sklepową półką jakaś część mnie gra adwokata diabła.

Stoję przed sklepową półką, w niezdecydowaniu oglądam rzędy kasz, a sekundy mijają. Niedługo zamykają, a ja utkwiłam obok irytująco nieforemnego koszyka i wodzę oczami po etykietach. Kasza jaglana, orkiszowa, bulgur, czy jest tu gdzieś bulgur?, może znowu kupię kuskus, jedyną w miarę zdrową rzecz, którą można przygotować w pięć minut, może warto upewnić się, że dalej nie lubię kaszy gryczanej, w końcu gusta się zmieniają? Nadmiar możliwości kiedyś mnie zabije, osiołkowi w żłoby dano, powiedziałaby babcia, ale ona chyba lepiej radzi sobie z zakupami (albo po prostu ma więcej czasu). Nie potrafiłabym nazwać kaszy, jakiejkolwiek kaszy, z którą wyjdę z tego sklepu najlepszym wyborem, a ktoś pod zdjęciem imigrantów potrafi napisać niech zdychają i nad niczym się nie zastanawiać. Nie rozumiem. Zwyczajnie nie rozumiem.

Boję się, że pula naszych zdziwień jest bardziej ograniczona niż nam się wydaje. Dlatego wolę utkwić po dziecięcemu zdumiony wzrok w zachodzie słońca czy rzędach sklepowych produktów niż pełnych złości komentarzach. Wolę się dziwić temu, że zrobiło się cieplej, a nie temu, że w ludziach jest tyle nienawiści. Wolę dziwić się, że można pisać z czułością, że moi rodzice nagle postanowili pomalować przedpokój na kolor bezchmurnego nieba, że wciąż warto jest położyć się z książką na kanapie, mimo że moje plecy będą mi to miały za złe, że za tydzień obchodzę kolejne urodziny i zaczynam studia magisterskie, że słońce wschodzi wcześniej niż jeszcze parę dni temu, że Twardoch pisze dla kobiet, by ukraść wieczory ich mężom, narzeczonym i konkubentom. Chcę dziwić się w ten weekend wyłącznie temu, że powietrze pachnie wiosną. Da się?

O styczniu

Styczeń minął, praca została napisana i obroniona, zimowy mróz i śnieg otuliły świat dokładnie, choć niepostrzeżenie. Styczeń, o którym myślę, przypomina film puszczany w przyśpieszonym tempie – przeskakując klatki, nieostrożnie, pośpiesznie. Jakie to klatki, nie wiem?

Serio, serio

nfd

Bardzo dobry obiad w dobrym towarzystwie – chwila wytchnienia w pośpiechu. Lemoniada gruszkowa z szałwią, która utkwiła mi w pamięci, mimo że pogoda była zdecydowanie nielemoniadowa. Risotto i mus z białej czekolady z mango. Świat obracający się gdzieś powoli za oknem, drobne eksplozje świateł ulicznych latarni i samochodów. Gwar, leniwe rozmowy. Nieco spóźniony prezent na święta.

Zakupy

dav

„Małe rzeczy. Nic, z powodu czego można by umrzeć, ale coś, dla czego warto żyć. Czasem się przydają – rozpraszają ciemność tak samo jak maleńkie płomyki wielu świec.”

Kolorowe skarpetki, świeczki, seriale, teatr w multikinie – drobne plamy koloru na szarym, zimowym tle. Gdzieś między za krótkimi dniami, słońcem zachodzącym zbyt szybko i zimnem wsączającym się przez szpary w oknach potrzeba tych iskier. Potrzeba, bo śpieszę się, ciągle się śpieszę w te styczniowe dni, bo jeszcze trzeba zrobić tyle rzeczy, a ta świadomość tkwi w rogu myśli jak drzazga i to męczy strasznie.Więc trzymam się drobiazgów, trzymam się rzeczy, które w skali makro nie znaczą nic, ale przecież nie muszą, bo nie o to chodzi.

 

Akwarele

dav

Kojąca miękkość kolorów. Nieśpieszne ruchy pędzla. Kolory przechodzące jeden w drugi, mieszające się, powoli sunące, tańczące po kartce (dyfuzja, szepcze głowa, ale nie po to obrona i praca, i nauka, żebym w czasie wolnym nie mogła nawet uciec od własnej głowy). Jest coś uspokajającego w robieniu czegoś wyłącznie dla przyjemności i z pełną świadomością braku umiejętności, coś hipnotyzującego w przenikających się ze sobą kroplach koloru.

Zima

dav

Zima, której przeważnie nie lubię, którą staram się przeczekać zakopana pod swetrami, kocami, kubkami z gorącą herbatą, a która jednak czasem potrafi mnie zaskoczyć. Wschody słońca malujące się feerią barw nad białym horyzontem. Duże, lepkie płatki śniegu, które można złapać w dłoń i przytrzymać. Szron pokrywający szyby abstrakcyjnymi wzorami, drobne igiełki oplatające rośliny i płoty. Skrząca się, skrzypiąca pod stopami biel, która jest dyskretnie piękna i która zawsze, zawsze zachwyca znienacka.

Co was zachwyciło w styczniu?