O echach

ambedo-obscure-dictionary

Już schodząc po schodach czuję falę nostalgii. To może trochę głupie, odrobinę dziecinne, ale o niczym bardziej nie marzę niż o tym, by zostać i dalej rozwiązywać z babcią krzyżówki. Ale śpieszę się, jak zwykle się śpieszę, przeważnie się śpieszę, bo lista spraw do załatwienia wciąż pozostaje pełna, istnieją korepetycje i umówione spotkania. Bo I’ve got promises to keep and miles to go before I sleep. Więc oddalam się od herbaty, która nigdzie indziej tak nie smakuje i krzyżówek wspólnie rozwiązywanych znad ciastek. Obiecuję sobie tylko (który to już raz?), że następnym razem nie będę się tak śpieszyć. Przekonuję samą siebie, wsiadając do samochodu, że posiedzę dłużej.

Ty jesteś jak mimoza, mówiła babcia podczas, którejś z rozmów, które dawno wypadły mi z pamięci. Jesteś delikatna jak mimoza, wrażliwa nawet na podmuch wiatru, mówiła, gdy byłam kilka lat młodsza i wciąż jeszcze przekonana o tym, że ironiczny uśmiech to jedyna słuszna reakcja na świat.

Przypominam sobie to zdanie, co jakiś czas. Nie kiedy mam gardło zdarte od płaczu czy wargę przygryzioną do krwi. Przypominam je sobie w znacznie bardziej codziennych sytuacjach. Gdy śnieg skrzy się w słońcu. Gdy znajduję w domu słoik masła orzechowego, mimo że tylko ja je jem. Gdy spędzam godziny w towarzystwie akwareli, którymi nie bardzo umiem się posługiwać. Mam pod skórą leniwą senność, która rozmywa kontury przed moimi oczami. Niechętnie wychodzę z babcinego mieszkania. Pies patrzy na mnie, przekrzywiając głowę. W telewizji przez moment mówią nie o tym, co jest źle, a o rzeczach, które można zmienić. Zachwyca mnie jakieś zdanie w książce. Jesteś delikatna jak mimozaszepcze mi wiatr do ucha, powtarza to zdanie do znudzenia, jak echo. A ja mogę, co najwyżej, zgodzić się z nim, bo jestem niewiele starsza, ale na pewno bardziej świadoma faktu, że nie jestem z kamienia. A gdy dzień jest kiepski, a pogoda beznadziejna, ja zamykam oczy i marzę o tym, by znowu oglądać z rodzicami tylko końcówki filmów z happy endem albo rozwiązywać krzyżówki nad herbatą, albo zaszyć się w fotelu, owinąć kocem, otulić wizją wieczora z książką i herbatą.

I jeszcze: Życie jest za krótkie, żeby robić rzeczy ironicznie, mówi Kołonotatnik z Bohaterem stojący na moim biurku. Na wypadek, gdyby zapomniała o tym, że ironiczny dystans niczego nie rozwiązuje i że babci podsumowanie było trafne, choćbym z całych sił próbowała oponować. Na wypadek, gdybym zapomniała, że świat wokół pulsuje, skrzy się i pozostaje w ciągłym ruchu, którego choreografia zapiera dech w piersiach. Na wypadek stresu, zmęczenia, łez, codziennego życia. Na wszelki wypadek.

O grudniu

enhanced-2305-1430140135-3

Czasami sięgam pamięcią w przeszłość, próbując przypomnieć sobie wszystko to, co działo się w poprzednim miesiącu i nie jestem w stanie. Dni plączą się ze sobą, wydarzenia i plany mieszają, milion małych rzeczy wypada mi z pamięci dokumentnie.

Co robiłam w grudniu? Pewnie to, co zawsze. Skończyłam czytać całkiem niezłą książkę. I to książkę z gatunku tych, których normalnie nie lubię – psychologiczno-poradnikową mieszankę, której prawdopodobnie nigdy bym nie tknęła, gdyby była odrobinę bardziej poradnikowa czy odrobinę mniej ciekawa. Ale tknęłam. I wciągnęłam się.

IMG_20170101_000648.jpg

Zaczęłam biegać. Ciągle nie mogę uwierzyć, że jeszcze żyję – na wszelki wypadek żegnam się ze światem za każdym razem, gdy mam zamiar zbliżyć się do bieżni. Ciągle nie mogę się pozbyć tego drobnej części mnie, która oczekuje natychmiastowej utraty paru kilogramów za każdym razem, gdy schodzę z bieżni. Nie mogę się jej pozbyć, mimo że robię to bardziej dla samej idei uprawiania sportu niż dietetycznych wartości. Naprawdę.
f33e5cf8c6ee00c28db75b6ea582286e

Odkryłam Dictionary of obscure sorrows, którego melancholijną miękkość uczyniła go miłością od pierwszego obejrzenia. Jest to taki internetowy zakątek, w którym mogę zanurzać się w deszczowe wieczory, mając pod ręką kubek z ciepłą kawą czy herbatą i z nastrojową muzyką w tle.
IMG_20161218_205258.jpg

Przeżyłam święta. Rozdałam prezenty. Dostałam prezenty. Wzbogaciłam tym samym moją kolekcję świeczek, koszulek z zabawnymi napisami, cieni do powiek (dostałam nawet do nich profesjonalny pędzelek), filiżanek, skarpetek (kocham skarpetki) i słodyczy. Zyskałam oprawione w ramkę zdjęcie wieczornego nieba, na które zerkam, gdy śnieg przesłania okna tak do końca. No i w ramach prezentu dla samej siebie powiększyłam stertę książek do przeczytania – bo czemu by nie?
IMG_20170107_151302.jpg

Spędziłam sylwester tak, jak zawsze chciałam go spędzić – oglądając Pulp Fiction i jedząc przekąski, których nie musiałam przygotowywać. W towarzystwie koleżanki, a nie na tłumnej imprezie. I próbując po raz pierwszy galaretki z granatem.

A Wy? Co robiliście w grudniu?

O księgarniach

cropped-dsc_0543.jpg

Lubię chodzić po księgarniach. Lubię przechadzać się po nich nieśpiesznie, oglądając obwoluty i okładki, sczytując tytuły. Staram się zabrnąć w taki księgarniany róg, w którym nazwiska i tytuły nie mówią mi nic. Przyglądam się kolorom grzbietów, gabarytom tomów. Co jakiś czas, któraś z pozycji przyciąga moją uwagę na tyle, by zdjąć ją z regału, przeczytać opis czy notatkę o autorze, przyjrzeć się temu, co chowa się po wewnętrznej stronie obwoluty. Potem odkładam książkę, a jej opis już chwilę później wypada mi z pamięci (w gruncie rzeczy, nie mogę wykluczyć tego, że biorę w ręce wciąż te same książki). Czasem siłuję się z tomem, starając się odłożyć go na przepełnioną empikową półkę (empikowe regały zawsze wydają się być przepełnione). Czasami opis czy tytuł zostaje ze mną, zapisuje się na którymś mózgowym zwoju tylko po to, żebym mogła parę lat później słuchać opowieści o czyjeś lekturze i między łykami kawy kiwać głową, mówiąc tak, kojarzę o czym mówisz – większość moich znajomych patrzy na mnie wtedy znudzonym spojrzeniem, wzrusza ramionami tak, jakby chcieli powiedzieć też mi zaskoczenie albo znajdź sobie hobby.

Lubię przechadzać się po księgarniach z myślą, że być może (prawdopodobnie) wyjdę z jakąś książką. Lubię rozglądać się, prowadzić rozgrywkę sama ze sobą, nie mając żadnego tytułu na myśli i dając się prowadzić zrządzeniom losu. Czasami znajduję książkę, która miękko leży w moich dłoniach i wychodzę bez niej. Wychodzę bez niej tylko po to, by wrócić parę dni później, skruszona i pogodzona z myślą, że niektóre zakupy robią się same. Niektóre książki również czytają się same – wtedy wiem, że wygrałam. Część z nich nie jest dla mnie, nie nadaje się do czytania lub zwyczajnie, z jakiegoś powodu staje na półce i pozostaje na niej nieprzeczytana, a ja unikam ich spojrzenia, gdy w myślach przyznaję punkt księgarni. Większość jest mniej lub bardziej warta mojego czasu, nawet książki czytane długo i z trudem kryją w sobie co najmniej jedno piękne zdanie – czuję na sobie wzrok księgarni, gdy pochylam się nad nim, niechętnie decydując się na uznanie remisu.

Czasami, czasami wchodzę do księgarni z oczami pełnymi melancholii, z kieszeniami pełnymi nostalgii, ze skórą niemal przezroczystą i nadwrażliwą. Nie błąkam się wtedy pomiędzy regałami, nie przechadzam nieśpiesznie. Wtedy staję przed działem z literaturą piękną, zawieszam wzrok na którejś z półek, a książki szepczą pod moimi palcami. Tytuły miękną i uginają się, niektóre milczą, a ja omijam je wzrokiem, niektóre mówią o innych światach, innych oczach pełnych melancholii. Biorę je do ręki – większość odkładam bez żadnego powodu, kilka otwieram na przypadkowej stronie i czytam.

Często śnię i myślę o białych, martwych ćmach w wodach jeziora Chubsuguł. O ich rozpostartych szeroko skrzydłach, poruszających się wraz z przybojem. O sobie samym, który na nie patrzy. Czy należę do tego samego porządku, którego rytm i sens wyznacza ruch mokrych ćmich skrzydeł, czy coś mnie spod władzy jaka, renifera i ciem wyzwala? I melancholia kryjąca się pod moją skórą mruczy jak kot, a ja wiem, że wyjdę skądś z tą książką czy tego chcę czy nie i będę ją czytać powoli, najlepiej wtedy, gdy moja skóra będzie cienka jak papier a zakończenia nerwowe będą chłonąć tusz jak gąbka.