O mijającym właśnie roku

eoagyhw

ambedo
n. a kind of melancholic trance in which you become completely absorbed in vivid sensory details—raindrops skittering down a window, tall trees leaning in the wind, clouds of cream swirling in your coffee—briefly soaking in the experience of being alive, an act that is done purely for its own sake.

– Dictionary of obscure sorrows

To był długi rok. Jeden z tych, o którym myślę i jestem w stanie bez namysłu wymienić przynajmniej kilka ważnych rzeczy, które się wydarzyły. I, żeby było śmieszniej, poczucie, że coś się zmienia, że idzie do przodu i nie stoi w miejscu to wcale nie jest wybuchająca w dłoniach kula szczęścia, na jaką kiedyś (lata, wieki temu) miałam nadzieję. To raczej łagodna akceptacja, melancholijny spokój, ochota, by skupić się na tym, co jest naprawdę warte zapamiętania, a nie na odhaczaniu kolejnych punktów na liście rzeczy do zrobienia.

Bo tak naprawdę najważniejsze są wschody słońca, które widuję, gdy żołądek zaciska mi się z nerwów, oczy pieką z niewyspania, a ja jadę, bo trzeba, jadę, bo zajęcia, laboratoria, godziny, których inaczej na pewno zabraknie. Jadę i rozglądam się, a świat w ramach rewanżu rozmazuje na horyzoncie oranże, fioletu i róże. Czasem kształtuje chmury tak, że przez moment uświadamiam sobie bezmiar nieba, wspaniałość kolorów, miliardy atomów, cząsteczek miotających się przed moimi oczami.

Przedstawienia, czy koncerty, podczas których tak naprawdę nie wiem, czy wolę zamknąć oczy i chłonąć dźwięki, czy może nigdy, przenigdy ich nie zamykać w nadziei, że na wewnętrznej stronie powiek zapiszą się na zawsze te wszystkie obrazy. Książki, po których przeczytaniu mogę najwyżej zapatrzeć się w okno i przez chwilę, minutę, kwadrans nie mówić absolutnie nic. Piosenki, które słucham w nieskończoność, nie nudząc się wcale.

Niezliczone ilości kawy wypite w dobrym towarzystwie. W towarzystwie śmiechu, słów ścigających się ze sobą lub płynących powoli i nieśpiesznie niczym statki na morskim horyzoncie. W towarzystwie kogoś, z kim dobrze się rozmawia lub z kim dobrze się milczy – od kiedy mam w swoim życiu ludzi, z którymi można wypijać te setki kawy i czemu nie jestem za nich tak wdzięczna jak być powinnam?

To, że odważyłam na tatuaż, na naukę hiszpańskiego, na to, by zacząć biegać (zacząć, bo dalej istnieje szansa, że padnę i porzucę to zajęcie w cholerę, kto wie?), by robić rzeczy mimo, że czasem mdli mnie ze strachu i dalej mam wrażenie, że za wolno posuwam się do przodu. To dziwne, wzbierające pod skórą uczucie, impuls do działania, o którym wiem, że kiedyś znajdę dla niego idealne zastosowanie.

Dziwaczne restauracje odwiedzane w doskonałym towarzystwie, koncerty, zakupy, czytanie książki. Las, który widzę z okna, deszcze i burze, zapach morza unoszący się czasem w powietrzu. Muzyka i literatura, słowa, zdania. Kolory, lakiery do paznokci i wszystko, czego zazwyczaj nie doceniam.

Za to jestem wdzięczna w tym roku. A wy?

 

O porankach

6tag_091215-232725.jpg

Czasami budzę się o świcie i nawet moja dusza jest wilgotna, myślę i jest to moja pierwsza myśl, myśl między obudzeniem i otworzeniem oczu. To nawet nie jest moje zdanie, a fragment wiersza Nerudy, który pisał o portach i miłości, w żadnym razie nie mając na myśli tego, co ja czuję, gdy otwieram oczy i patrzę na szarość za oknem. Nie o to mu chodziło, a ja i tak mam to zdanie zawsze przy sobie, wisi na mojej szyi jak nieśmiertelnik. Właściwie, noszę ze sobą więcej obcych słów, bukiet nieśmiertelników ciąży i czasem przypomina o sobie cichym podzwanianiem metalowych łańcuszków.

Czasami budzę się i nie mam ochoty otwierać ust. Nieśmiertelniki brzęczą przy każdym ruchu, a ja mam wrażenie, że wszystko zostało już powiedziane i nie ma we mnie żadnych nowych słów. Nie mam wtedy za bardzo ochoty nikogo widzieć – ciężko jest skupić się na kawie i pogodzie, gdy myślami jestem gdzieś daleko, daleko, ciężko jest brać udział w konwersacji, gdy słownik zdaje się jałowy i smutny, gdy pozostają tylko cytaty. A cudze zdania to przecież płochliwe stworzenia. Z resztą, nawet gdyby nie były takie skłonne do ucieczki, nie bardzo da je się oswajać między poproszę średnie latteno mów, co u ciebie ciekawego? Rozpierzchają się w popłochu, doskonale świadome tego, że na pytanie jak życie? nie odpowiem, mówiąc czasami budzę się o świcie i nawet moja dusza… Więc uciekam od ludzi, uciekam od rozmów nad kawą i wymianą wiadomości. Zagapiam się w okno i jest Neruda, i jestem ja, i jest okno szare niemożebnie.

Czasami budzę się i mam wrażenie, że składam się wyłącznie ze słów. Budzę się mokra od melancholii. Pod skórą kłębią się słowa. Albo inaczej: nie ma skóry, jest infrastruktura zakończeń nerwowych, nagich i bezbronnych, a pod nią słowa. Słowa żywe i niespokojne, przemykające od żyły do tętnicy, od cebulek włosów przez wargi czy palce do stóp. We’re all stories in the end – ukochałam sobie to zdanie i mam za swoje, ten najcięższy z nieśmiertelników przytula się do mostka, gdy próbuję uporządkować słowny chaos, który mam w głowie. Więc wyrazy, strzępki zdań, fragmenty skojarzeń połączone ze sobą, plansze wielkości konstelacji. Chaos. Słów jest za dużo, świat jest za mocno i za bardzo, a we mnie nie ma wystarczającej determinacji, wystarczającej koncentracji czy biegłości, by ułożyć je w opowieść.

I tylko czasem, gdy oderwę się od okna, gdy zmuszę się do wyjścia, gdy trafi się osoba odpowiednio bliska czy rozmowa odpowiednio miękka, kakofonia oderwanych od siebie słów milknie na moment.

O listopadzie

Z czym kojarzy się wam listopad? Mi z chłodnymi, deszczowymi popołudniami, szarością klejącą się do dróg i horyzontów, wieczorami spędzonymi w towarzystwie książki i kawy. Z miękkimi swetrami. Ubłoconymi butami. Filmami oglądanymi w weekendy. Gorącą czekoladą. Spokojem i melancholią…

Nie za wiele było w listopadzie czasu na zwijanie się w kłębek na fotelu w towarzystwie stosu książek i litrowego dzbanka herbaty. Po prawdzie, chyba nigdy nie ma. Ciągle coś gnało mnie do przodu, popychało, poganiało, przypominało o rzeczach do zrobienia i sprawach do załatwienia. Z resztą, nadmiary bezruchu wpędzają mnie w panikę lub marazm.

Co było?

Obiad z przyjaciółką

Kto inny z takim zaangażowaniem wyciągałby mnie na paluszki z golonki? Nikt. Dlatego był deszcz za oknem, jak na listopad przystało, był kompletny brak pośpiechu, ryba z frytkami i paluszki z golonki, które okazały się całkiem zjadliwe. Były rozmowy, dziwaczne tematy przeplatające się ze sobą i płynnie zmieniające się jak kalejdoskopowe obrazy. Specyficzna kelnerka, którą dało się opisać jedną, rozbawioną wymianą spojrzeń. Fantastyczna ryba. Deser w szklance. Rozczulająco niezachęcająca karta z autorskimi drinkami. Śmiech, dużo, dużo śmiechu.

15002300_584232528431286_1069477031182106058_o
Niestety nie moje. Zaczynam jeść zanim pomyślę o zdjęciach 😀

Tardisowy kubek 

Tardisowy kubek wypatrzyłam, z nudów błąkając się po sklepowych działach z dziwnymi rzeczami i kupiłam za śmieszne pieniądze. Potem przeczytałam, że nie wolno go myć w zmywarce, więc niemal natychmiast do niej zawędrował. Tak to już bywa w tym domu… Napisy nie wyszły z tego spotkania cało, ale kubek wciąż ma swój urok. I wciąż jest jesienno duży, w sam raz na zaparzenie herbaty na listopad czy październik. Także piję z niego herbatę za herbatą, a zainteresowanych i ciekawych odsyłam na Instagram, gdzie tkwi dumnie jego zdjęcie sprzed spotkania ze zmywarką.

Książki

Tony, tony książek. Nie potrafię do końca ustalić, co czytałam w listopadzie, a co już w grudniu, ale to nie ważne. Grunt, że udało mi się uszczuplić nieco stosik z rzeczami do przeczytania. I to pomimo faktu, że ciągle jakieś książki kupuję.

Była nowa książka Llosy, wciąż nie opuszczający mnie zachwyt nad Płyń z tonącymi, Fortynbras się upił Głowackiego, a nawet trzyletni dziennik, który zakupiłam i zaczęłam pomału uzupełniać. Całe szczęście, że nawet w najbardziej wymagające, stresujące i zapracowane tygodnie udawało mi się znaleźć czas, by przeczytać chociaż parę, paręnaście stron. A wtedy myśli zwalniały, chaos ustępował choć na chwilę, czas stawał się łaskawszy, a kanty świata odrobinę mniej ostre.

Musical

Niesamowicie przypadkowa, spontaniczna propozycja, czy nie chciałabyś pójść ze mną jutro na Skrzypka na dachu? Chciałam. Bardzo, bardzo chciałam, bo do teatru muzycznego i musicali pałam wielką miłością, a Skrzypka jakoś nie udało mi się wcześniej obejrzeć.

Więc obejrzałam. Bez kilkumiesięcznego oczekiwania, polowania na bilety i pilnowania terminów. Za to z ciastem i kawą przed, nie deszczowym, ale chłodnym wieczorem i muzyką. Chyba nie dało się inaczej. Chyba nie dało się lepiej.

Scrabble

 

Lata nie grałam w scrabble. Nie dlatego, że nie chciałam – po prostu czas, dorosłość, brak towarzystwa, które chciałoby spędzić wieczór nad literami. Skłonność do przedkładania rozmowy nad gry, bo przecież ciężko skupić się na wszystkim jednocześnie. Brak sposobności, bo nie znam nikogo, kto wychodząc z domu, pakuje do torebki całkiem spore opakowanie do gry w Scrabble.

I nagle kawa, ciasto, dosyć pustawa kawiarnia. Spojrzenie rzucone na stos gier. I Scrabble. Rzędy literek układane nad kokosową tartą z marakują, szukanie słów między jednym łykiem kawy a drugim. Rozmowa odbywające się niejako przy okazji. Punkty zapisywane na błąkającej się po torebce kartce.

wp_20161105_15_50_03_pro

I pewnie było tego więcej, ale każdy kolejny miesiąc zazdrośnie zaciera w pamięci miesiące poprzednie. A czas leci na łeb, na szyję i nigdy na mnie nie czeka. Cóż. Nie może być inaczej.

O chorobach i odwadze, w gruncie rzeczy

tumblr_lgz3v5birf1qh8x62o1_400

Czasami wydaje mi się, że może nie doceniam świata. Że może ludzie są o wiele bardziej świadomi niż mi się wydaje i faktycznie wiedzą, że o zdrowie psychiczne trzeba dbać i że można mieć z nim problemy równie często, co ze zdrowiem fizycznym? Może też uważają, że pójście do psychologa czy psychiatry jest aktem odwagi, który należy podziwiać i ta opinia jest dla nich tak oczywista, że aż nie warta wspomnienia?

A potem moja matka stwierdza, że człowiek, który budzi się i przez godzinę próbuje znaleźć w sobie motywacje do wstania z łóżka jest po prostu leniwy. Że przesypianie dwudziestu godzin dziennie i rezygnacja z chodzenia do pracy (sprzątania, kontaktu z ludźmi, życia?) to objaw lenistwa, nie choroby. I mówi to kobieta, która mnie wychowała, kobieta, z którą mieszkam i rozmawiam, kobieta, która nie ma jeszcze sześćdziesięciu lat, za to posiada dostęp do internetu, książek, prasy, podstawowej wiedzy medycznej.

Nie wiem, co powiedzieć, w gruncie rzeczy. Nie wiem, co powiedzieć, bo to jest temat, o którym nie umiem mówić inaczej niż językiem emocji. Pamiętam długie, niemożliwie ciągnące się miesiące, podczas których codziennie płakałam, jadąc autem do pracy czy na uczelnie. Miesiące, podczas których praktycznie nie spałam, wszystko leciało mi z rąk, a gdy zdarzyło mi się usiąść, długie minuty szukałam jakiegokolwiek powodu, by podnieść się z krzesła. I wydawało mi się, że jeszcze nie jest tak źle, bo przecież nie planuję próby samobójczej, bo jestem po prostu zmęczona, bo lęk jest przy mnie odkąd pamiętam i już dawno powinnam się do niego przyzwyczaić, bo przecież bywało ze mną gorzej, bo przyznanie się do tego, że sobie nie poradzę to poniesienie porażki, a ludzie mają większe problemy i jakoś żyją. A potem okazało się, że boli tak bardzo, że gdyby ktoś obiecał mi, że wydłubanie sobie oczu łyżeczką przyniesie ulgę, rozważyłabym to. Poszłam do psychologa. Usłyszałam dzień dobryusłyszałam początki nerwicy, usłyszałam będzie lepiej. I chodziłam co tydzień, i płaciłam, i wydawało mi się czasem, że słyszę wszystko to, co w gruncie rzeczy wiedziałam już wcześniej. Ale teraz przesypiam całe noce i nie tłukę wszystkiego, co przechodzi przez moje ręce. Nie płaczę w drodze do pracy. Okresy, kiedy budzę się i zasypiam z lękiem pod skórą zdarzają się rzadko. Włożyłam cholernie dużo wysiłku w to, żeby tak było.

Nie wiem, co powiedzieć także dlatego, że nie jestem pewna, czy moja matka nie zauważyła tego, co się ze mną działo, czy naprawdę uznała, że jestem po prostu leniwaNie wiem, czy chcę wiedzieć. Nie wiem, czy kiedykolwiek powiem jej o tym, że chodziłam do psychologa – z każdą takim stwierdzeniem słabnie moja wiara w to, że ta rozmowa się kiedyś odbędzie. Chociaż chcę wierzyć, że któregoś dnia moje poczucie krzywdy zastąpi współczucie dla siebie i dla niej, że któregoś dnia w miejscu kłębowiska emocji będzie czułość, że będę jej współczuć i widzieć w niej osobę, która zrobiła sobie straszną krzywdę, potrzebując pomocy psychologa i gardząc psychologią jednocześnie i w rezultacie, całe życie miotała się od jednej rozpaczy do drugiej.

Ale na razie ta rozmowa nie odbywa się. Nie tylko dlatego, że nie wiem, co powiedzieć. Na razie zagapiam się w okno, patrzę na drzewa, które uginają się pod dotykiem wiatru, ale nie łamią i myślę o fantastycznych ludziach, których znam i o których wiem, że potrzebowali pomocy i poszukali jej. O wieczornych rozmowach, podczas których P. patrzyła w ciemność niewidzącym wzrokiem i mówiła, że nie pamięta swojego peselu, ale wciąż potrafi wyrecytować wartości kaloryczne wszystkich rzeczy, które ma w lodówce. O M., która mówiła, że nie ma problemu z zażywaniem tabletek, a z rzeczywistością. O ponurym, przygaszonym spojrzeniu N., która twierdziła, że z niczym sobie nie radzi, gdy ty miałaś pod skórą jedynie podziw dla niej i wdzięczność za jej obecność. O pełnych troski rozmowach, gdy M. nie pojawiał się na spotkaniach, nie chcąc narzucać się ludziom ze swoim brakiem humoru, a my martwiłyśmy się strasznie i nie wiedziałyśmy, jak mogłybyśmy pomóc. O ludziach, którzy sobie radzą albo nie, ale którzy walczą, z czego niekoniecznie muszę zdawać sobie sprawę. O dziesiątkach, setkach cholernie odważnych, dzielnych osób, które w życiu nie powiedziałyby o sobie nic tak dobrego.

Nie ma odwagi w pogardzie, nie ma jej w braku tolerancji, w agresji, braku empatii i biernym twierdzeniu, że to świat ma problem, nie my. Nie ma odwagi, jest tylko lęk. A ja tak strasznie nie chcę się wszystkiego bać…

O spotykanych ludziach

 

InstagramCapture_5b10aac4-f8cf-4c29-b7a9-ed1ad8a25a87

Czasami zakochuję się w ludziach wyłącznie platonicznie. Po prostu, w pewnym momencie spoglądam na kogoś i jest śmiech, uśmiech, myśli ścigające się ze sobą jak niesforne dzieci na podwórku i poczucie, że świat jest o połowę lżejszy niż był jeszcze chwilę temu.

Nie ma znaczenia, kim są ci ludzie, w których się zakochuję. Nie liczy się, czy on ma dziewczynę, czy ona jest dziewczyną, bo nie chodzi o seks czy trzymanie się za ręce, a o to uczucie, które zaczyna się w okolicy mostka i zakończeniami nerwowymi rozchodzi po całym ciele. O to, że jest tak, jakbym kręciła pokrętłem od radia, próbując wśród szumów i trzasków znaleźć choćby echo muzyki i niechcący natrafiła na swoją ulubioną piosenkę.

Czasem to ktoś, kogo nigdy nie poznałam i raczej nie poznam – muzyk, aktorka czy pisarz. Jest jakieś drżenie, które dostrzegam (albo raczej wyczuwam) i na to drżenie odpowiada  podskórna struna. A wtedy są zapętlone w nieskończoność piosenki, zdania czytane tak często, że aż dające się wyrecytować lata później, słowa zapadające w pamięć tak, że w końcu zostają hasłami czy adresami mailowymi, miliony projektów tatuaży, z których w końcu rezygnuję i jeden, który zapisuje się na skórze już na zawsze. Wtedy czytam wywiady, oglądam koncertowe dvd, wyszukuję pierwsze wersje ukochanych piosenek czy stare zdjęcia. I nie tłumaczę tego nikomu, bo jak wytłumaczyć, że zagubiony w odmętach internetu wywiad z 2003 roku bawi mnie tak samo za setnym i tysięcznym obejrzeniem, a to, że są nieprzetłumaczone na polski książki staje się impulsem do nauki hiszpańskiego? Grunt, że jest śmiech, jest uśmiech, jest coś fajnego między zimnem i szarością.

Czasem jest prościej – spotykam kogoś i, prędzej czy później, nachodzi mnie myśl, że nadajemy na tych samych falach. Mogę odkryć to po pierwszych rozmowach albo po latach znajomości, mogę wiedzieć o tej miłości przez kilka lat albo mieć co do niej pewność jedynie przez kwadrans czy dwa. Po prostu iskra, drobne ukłucie.

Wpadam na kogoś znajomego w bibliotece i nagle rozmowa toczy się sama. Monologuję na seminarium dyplomowym i znajduję zawsze to samo spojrzenie, z którego wyczytuję odczuwane przeze mnie rozbawienie. Gryzę się w język, żeby czegoś nie powiedzieć, a chwilę później mówi to doskonale znany głos. Idąc ulicą, przewracam oczami, a dziewczyna idąca z naprzeciwka robi dokładnie to samo. Błysk porozumienia. Iskra albo pożar, nie ma znaczenia. Kocham, kocham i tak.