O tym, co robię, żeby nie zwariować

6tag_241115-124440.jpg

Gdynię nawiedził listopad – deszcz tak zimny, że aż brudzący skórę bólem i wiatr zawsze wiejący z niewłaściwej strony, niszczący parasole, sprawiający, że powietrze grzęźnie w gardle. A mnie nawiedziła zwyczajowa mieszanka melancholii, lęku i bólu głowy. O tym miałam pisać. I o tym, jak spędziłam weekend na bezsensownej błąkaninie wśród spraw do załatwienia, wgapianiu się w telewizor i jedzeniu kajmaku łyżeczką. I o tym, że czasem zazdroszczę ludziom, którzy, gdy mówię o strachu, pytają co cię tak stresuje?, bo ja mam lęk wypisany po wewnętrznej stronie skóry permanentnym atramentem i czasem jest milion rzeczy, nad którymi mam kontrolę, a potem nagle przestaję ją mieć nad czymkolwiek, i wtedy ten lęk daje o sobie znać, i wtedy cała jestem lękiem, i…

Ale to nie ważne. Albo inaczej: ważne, ale nie warte opisywania po raz setny czy tysięczny. Lęk minie, prędzej czy później mija zawsze. A w międzyczasie wolę pisać o tym, jak tulę do siebie miękkie swetry i tropię wschody słońca. I o tym, że zawsze, gdy mam chandrę czy kiepski okres, cichy głos w głowie zniechęca mnie do robienia wszystkich tych rzeczy, które poprawiają mi humor – czy tylko ja tak mam? Czy tylko ja poprawiam sobie nastrój niejako wbrew sobie, robiąc wszystkie te rzeczy, których najbardziej na świecie nie chce mi się robić?

Gdy o niczym innym nie marzę tak bardzo, jak o tym, by godzinami wpatrywać się w nierówno pomalowaną ścianę, wiem, że muszę się ruszyć. Naprawdę. Są takie dni, gdy nie mogę się zebrać w sobie i zabrać za którąś, którąkolwiek z zaplanowanych rzeczy, bo buntuje się skóra, myśl, ostatnia szara komórka chowa się pod koc i planuje zostanie tam do wiosny. A ja właśnie wtedy, przekonuję samą siebie, muszę się ruszyć, wstać, chociażby po to, by zrobić sobie herbatę. Wiem przecież, że przy chandrze trzymającej za kostki, najlepiej działam siłą rozpędu.

Łapię się na przekonaniu, że w ciągu dnia nie robiłam nic poza odpoczynkiem, mimo że lwią część dnia np sprzątałam, załatwiałam rzeczy absolutnie wymagające załatwienia, robiłam coś związanego ze studiami. Albo stwierdzam, że to czas na relaks i muszę go wykorzystać w co najmniej dwustu procentach, żeby potem z energią zabrać się za obowiązki, wtedy włączam muzykę, siadam na kanapie i po trzydziestu sekundach przypominam sobie o niezaczętej pracy inżynierskiej, odpryskującym lakierze do paznokci, niekupionych prezentach i o tym, że stolik, na którym trzymam stopy wypadałoby przetrzeć ścierką, a nie skarpetkami. Więc na przekór wzbierającej panice, staram się planować odpoczynek – przeznaczam czas na robienie czegoś dla przyjemności, bo mam do tego prawo nawet wtedy, gdy mi się tak nie wydaje.

Mam beznadziejną relację ze sportem. Przez większość czasu marzę o tym, żeby ktoś uprawiał go za mnie tak, bym mogła dostać w prezencie wszystkie korzyści z niego płynące , nie musząc ruszać się z fotela. Wiem, że to płonna nadzieja i dość beznadziejne podejście, kajam się więc i staram. Staram się wyciągać karimatę do jogi zawsze wtedy, gdy nie chce mi się ruszać i chodzić na spacery z psem, pożyczyłam sobie nawet bieżnię, bo biegania zawsze nienawidziłam najbardziej na świecie, ale jakoś złośliwie poprawia mi humor.

Próbuję przeczytać parę stron nawet wtedy, a zwłaszcza wtedy, gdy nie mam na nic najmniejszej ochoty. Czytam książki. Bo wiem, że wracam do domu zmęczona i z tętniącym bólem głowy i dużo chętniej sięgam po artykuł w gazecie, durną historię w internecie czy zdjęcia kotów na instagramie. Żadna z tych rzeczy nie poprawia mi nastroju ani nie przegania zmęczenia. A wystarczy kilka minut z książką na kolanach, by skupić uwagę na lekturze i na chwilę zapomnieć o stresie (nie wiem, czy to kwestia okładki pod palcami, czarnych plam liter ułożonych przez kogoś w skupieniu, dobrej fabuły czy może wszystkiego na raz, ale w nic nie ucieka mi się tak dobrze).

Robię zakupy – kupuję książki, płyty, kredki i wszystko to, co normalnie wyjmuję z koszyka jeszcze przed podejściem do kasy, bo przecież nie jest mi do niczego potrzebne. Kupuję je głównie wtedy, kiedy mama pyta po co ci kolejna świeczka?, a płyta wydaje się zbędnym wydatkiem. Bo skoro lubię książki i kupować, i mieć to przeważnie ich sobie jako pierwszych odmawiam.

Zawsze mnie zastanawiało, czy tylko ja poprawiam sobie humor wbrew sobie? I co jeszcze ludzie robią, żeby nie zwariować?

 

O miesiącu, który minął

6tag_170216-085505

Już od jakiegoś czasu nosiłam się z myślą, by bezceremonialnie ukraść Marcie pomysł na przegląd radości z danego miesiąca – w końcu tygodnie mijają tak szybko, dni lecą przez palce, ciężko jest zachować we wspomnieniach wszystko, co fajne i nie zgubić tego w czasie codziennych pogoni. Także kradnę. A raczej pożyczam, za zgodą właścicielki 😀

Co było fajnego w październiku?

Muzyka

Jeżeli miałabym wskazać jedną, jedyną rzecz, która sprawia, że co rano jestem w stanie zwlec się z łóżka o nieludzko wczesnej porze, wyjść na zimno, dojechać na politechnikę czy do pracy i jeszcze być w jakimś, choćby najmniejszym, stopniu produktywna – wskazałabym muzykę.

A gdyby ktoś się zastanawiał, czemu konkretnie zawdzięczam moje październikowe wstawanie to chętnie przyznam się, że nagroda za czynienie poranków nieco lepszymi, dyplom i uścisk ręki prezesa należą się temutemu i temu. Bo mi na pewno nie.

Książki

Sięgnęłam po Płyń z tonącymi, w gruncie rzeczy nie oczekując nic specjalnego. Gdyby nie skromny prostokąt recenzji w którymś magazynie, w ogóle nie wiedziałabym o jej istnieniu. Kojarzyłam tylko jej bardziej popularną przyrodnią siostrę nazywaną bestsellerem światowej sławy, co znacząco zniechęciło mnie do zakupu.

Sięgnęłam i nie żałuję, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio trafiła w moje ręce książka, która była tak zwyczajnie, po ludzku bardzo dobra. Napisana pięknym językiem, ubrana w śliczną okładkę, cudownie 500-stronicowa i do tego jeszcze wciągająca. Kiedy ostatnio czytałam coś, co podobało mi się tak strasznie i czego autor jeszcze żyje (i ma się dobrze, zapewne)?

Buty

Za jednym zamachem udało mi się rozwiązać problem corocznego poszukiwania butów, które pomogą mi przetrwać miesiące za zimne, za mokre, za ciężkie dla kogoś, komu ciągle jest zimno w dłonie i stopy oraz zakupić kolejną parę najukochańszych butów świata. Czyli kupiłam martensy.

Wyszukałam promocję, skorzystałam z propozycji babci, która zapragnęła współfinansować moje obuwie, zaspokoiłam zapotrzebowanie na zimowe obuwie na następnych parę lat. Czego tu nie kochać?

Koncert

 

Przez pewien czas jeździłyśmy na koncerty gdzie i kiedy się dało. Miało to miejsce parę lat temu, zachwyty nieco wyblakły, momenty zapierające dech w piersiach zatarły się w pamięci. Wracam myślami do tych wszystkich koncertów, na których byłam i do głowy przychodzą mi tłumy ludzi, którzy depczą mi po nogach, zasłaniają widok, nie rozumieją, co to znaczy rozsądna ilość wody kolońskiej. Przychodzą mi do głowy wszystkie oczekiwania na spóźnione występy, wyczekiwania na możliwość wejścia do klubu i wszystkie pieniądze, które można było wydać na coś innego i zastanawiam się, czy przypadkiem nie wyleczyłam się z chodzenia na koncerty?

A potem, potem jak zwykle i już chyba odruchowo kupuję bilety na koncert Comy, Marii Peszek, Łony i Webbera (jak w październiku, właśnie) czy czegokolwiek innego. I jakaś podekscytowana nerwowość nie pozwala mi usiedzieć w miejscu. I idę. I jest coś niewytłumaczalnego w koncertowej atmosferze – coś, co skrzy się pod skórą, zapala pewien płomień pod warstwą niewyspań i rzeczy do zrobienia, zaostrza kontury, czyni bycie bardziej niż byciem i inaczej nie da się tego opisać. A ze mną, choć przez chwilę zostaje wspomnienie odbierane wszystkimi zmysłami: dźwięk rozbrzmiewający w uszach na długo po nastaniu ciszy, wibracje podłoża wyczuwalne pod stopami, kalejdoskop świateł, energia pochłaniana przez skórę, poczucie, że znajduję się w tłumie osób, które przynajmniej przez moment czują to samo, mgliste skojarzenie z momentem, gdy z szeroko otwartymi oczami chłonęłaś teatr muzyczny całym swoim kilkuletnim jestestwem.

 

Jesienne wschody słońca

Wstaję i jest za wcześnie, wcześnie, wcześnie. Przecieram zaspane oczy i wpadam w doskonale znane koleiny poranków – pasta do zębów i tusz do rzęs, niezdecydowana szafa, chłód sączący się zza okna, kawa pita w pośpiechu, wciąż jeszcze nocna cisza opierająca się porannej krzątaninie i zbyt wolno rozgrzewający się samochód, myśl o konieczności umówienia przeglądu, zmiany opon. I nagle wschód słońca wyłaniający się zza zakrętu, porozumiewawcze mrugnięcie świata skierowane do tych, którzy wstają, którzy walczą, którzy są. Niebo płonie, czerwienie, fiolety i oranże wspinają się po dachach, koronach drzew, samochodach. Paleta barw, od których nie da się oderwać wzroku.

Spotkania

To jedna z takich rzeczy, o których zapominam w pośpiechu i codziennej krzątaninie. Dopiero siedząc z N. w jakiejś kawiarni lub wracając z jakiejś restauracji (zawsze, zawsze przejedzona i z poczuciem, że może mogłabym wydać te pieniądze jakoś rozsądniej, ale na pewno nie przyjemniej) uświadamiam sobie, jak bardzo mi tego brakowało.

Brakowało mi właśnie takich spotkań: błąkamy się bez celu albo zmierzamy w jakieś konkretne miejsce i rozmawiamy o wszystkim i o niczym albo siedzimy gdzieś, muzyka gra tak głośno, że bicie serca wydaje się być co najwyżej echem, a my i tak rozmawiamy. Jest nieśpiesznie i niewymuszenie. Myśli płyną samodzielnie, przepływają między płaszczyznami znaczeń i skojarzeń. Przez głowę przechodzą wspomnienia minionych koncertów, spotkań, echa ludzi, których nie widziałyśmy od wieków. I jest jak jest, a jest dobrze. Nawet gdy siedzimy nad najbardziej niechińską chińszczyzną, jaką w życiu widziałam, w najbardziej niechińskiej knajpie, której nie pomagają żadne lampiony i smoki z papieru.

Co Wam się przydarzyło fajnego w zeszłym miesiącu?

 

O podróżach autem

rain-through-car-windshield-653x0_q80_crop-smart

He will move through the empty city, crossing vast rivers, driving through empty prairies, along tremendous, multi-landed highways, under darkening skies, like a small god, to be with you, tonight.

Czasami jadę autem i nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie wrócę do domu już nigdy. Jestem zmęczona, jestem jednym wielkim kłębem zmęczenia, boli mnie głowa i marzę o tym, by móc usiąść w fotelu i przez chwilę nic nie robić. Opieram głowę na ręce, patrzę przez szybę i pogrążam się w czekaniu. A korki zdają się być dłuższe niż zwykle. Sznury aut plączą się zamiast płynnie przeplatać. Czas odmierzają nie zegary, a czerwono-zielone łuny światła. Muzyka nie koi zmysłów, stanowi jedynie tło dla rytmicznego pulsowania pod czaszką. Wszystko stoi. Wlecze się. Czeka.

Czasem niespokojne rozdrażnienie wypełnia auto po dach. Wystukuję na kierownicy rytm pośpiechu, nawet gdy wcale nie muszę się śpieszyć. Ludzie za wolno przechodzą przez przejścia i to zawsze wtedy, gdy zbliżam się do pasów. Samochody wleką się z absurdalnym wręcz przywiązaniem do ograniczeń prędkości, zwalniają na zakrętach albo po prostu drażnią mnie strasznie. Narzekam i brzmię w tym narzekaniu jak moja wiecznie spiesząca się matka, co również mnie denerwuje. Irytacja wchodzi w szczeliny, między uszczelki i tapicerki. Rozmywa się po szybie i brudzi wycieraczki. A ja w niej tonę i wyczekuję niecierpliwie momentu, kiedy będę mogła wysiąść z auta i zostawić za sobą to złość, której się boję i której tak strasznie nie lubię.

Ale czasami, czasami jadę autem i jest tak strasznie, strasznie wcześnie, że zmęczenie wpycha mi włosy do oczu, jest piaskiem pod powiekami, niechęcią i protestem. Jest mi zimno, chciałabym leżeć teraz w łóżku i nie musieć nigdzie jechać. I wtedy za którymś zakrętem wschód słońca wybucha kolorem. Niebo zdaje się płonąć, oranże mieszają się z czerwieniami, fioletami, różami, których nie da się opisać ani sfotografować. A ja zapominam o zimnie i tymi wcześniej niewyspanymi oczami wpatruję się w horyzont i nie mogę uwierzyć w to, że istnieją rzeczy tak piękne.

Albo pada deszcz, deszcz, który nie drażni i nie irytuje, a jedynie otula auto jak gruby koc. Rzeka świateł rozlewa się po ulicach i chodnikach. Wilgoć zmywa ze mnie poczucie realizmu, oddziela od wszystkiego, co stresujące i złe, pozostawia poza ramami czasu. Sprawia, że jestem tylko ja, muzyka płynąca z głośników i stukot kropli o dach. Jeśli mogę, wybieram dłuższe trasy, wracam do domu okrężną drogą. Przedłużam ten czas, kiedy jest dobrze, ciepło, melancholijnie słodko i kiedy  wszystko wygląda jak zewnętrzna ściana mydlanej bańki, na której rozszczepia się latarniane światło. Jak te niewiarygodnie błyszczące jabłka, przypominające woskowe figury, a jednak sprytnie umieszczone wśród owoców z marketów. Jak dziwny, cudowny sen.

Małe, małe rzeczy.