O moich czytelniczych nawykach – TAG

Kawa

Dzisiaj słońce oświetlało pejzaż wilgotnym światłem. Wszystko ciekło. Właściwie dalej cieknie, ale zmrok kryje przede mną stan skupienia świata. Z resztą, nie ma on specjalnego znaczenia, bo siedzę w domu z książką i herbatą, ciesząc się z chwili wytchnienia.

A że jest i książka, i herbata, i czas to zmobilizowałam się do zabrania za Tag Moje czytelnicze nawyki. Podejrzałam go u Antymaterii i zaczęłam się zastanawiać nad tym jak i gdzie czytam. Więc jest:

1.Czy masz w domu konkretne miejsce do czytania?
Nie mam. Kojarzę książki z fotelami i kanapami, ale tak naprawdę czytam gdzie się da. Przy biurku czytuję przeważnie rzeczy, które w jakiś sposób związane są z moimi studiami czy, chociażby, nauką języków – głównie dlatego, że są to stosy wydrukowanych stron, kserówek czy notatek i gdybym nie ograniczyła ich przestrzennie, w końcu przejęłyby cały dom. Przy stole, przy posiłku, częściej czytuję gazety niż książki, bo rzadko kiedy udaje mi się otworzyć książkę tak, by nie musieć powstrzymywać jej przed samoistnym zamknięciem. A do tego brakuje mi przy jedzeniu rąk.

2.Czy w czasie czytania używasz zakładek czy przypadkowych rzeczy?
Zakładki kupuję od czasu do czasu, bo kuszą mnie na wystawach sklepowych czy stronach internetowych, ale prawie nigdy ich nie używam. Zaznaczam strony czym się da. A potem wyciągam w publicznym miejscu książkę i udaję, że wcale nie wyjmuję z niej paragonu czy pogniecionej chusteczki. Albo szukam w nieskończoność karteczki z hasłem do jakiegoś konta, numerem telefonu czy inną ważną informacją, a potem – półtora, dwa miesiące później – okazuje się, że posłużyła do zaznaczenia cytatu czy konkretnego wiersza. Albo, jeśli odrywam się od domowej lektury tylko na chwilę, zamiast zakładki używam telefonu/kalkulatora/pióra/czegokolwiek, co akurat było w pobliżu i czego potem gorączkowo poszukuję, no bo gdzie ja mogłam położyć ten telefon?

3. Czy możesz po prostu skończyć czytać książkę? Czy musisz dojść do końca rozdziału, okrągłej liczby stron?
Gdy odkładam książkę na chwilę, staram się dojść do końca rozdziału czy chociażby myśli, bo ciężko mi się przerywa coś w połowie zdania. Jakoś to niegrzeczne. 🙂

Gdy mam ostatecznie przerwać lekturę, bo książkę czyta mi się źle lub kompletnie mnie nie wciąga – nie umiem. Mam poczucie, że za parę stron czy rozdziałów trafię na jakieś zdanie, chociaż jedno, które będzie piękne, doskonałe i absolutnie warte przeczytania tych trzystu czy czterystu stron. Więc nie kończę jej wcale.

4. Czy pijesz albo jesz podczas czytania książki?
Zdarza mi się i pić, i jeść w trakcie lektury. Z różnymi efektami. Bo gdy książka wciąga to herbata stygnie, kawa przestaje być zdatna do picia, na stronach zostaje ślad mojej konsumpcji (bo przewracałam stronę, trzymając w ręce nóż lub widelec), a posiłek kroi się opornie i z trudem, bo nie patrzę na niego wcale.

Ale cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze.

5. Czy jesteś wielozadaniowy? Potrafisz słuchać muzyki lub oglądać film podczas czytania?
Nie lubię czytać, robiąc jednocześnie coś innego. Paradoksalnie, dlatego właśnie zdarza mi się czytać w towarzystwie muzyki. O wiele łatwiej jest nie zwracać na nią uwagi niż ignorować codzienny zgiełk – kroki, szelest, czyjeś rozmowy, dzwonek cudzego telefonu, przejeżdżające samochody.

Gdy jeszcze jeździłam na zajęcia skmką, tragedią były sytuacje, gdy zapomniałam słuchawek lub gdy wyładowywała mi się bateria w odtwarzaczu . Wtedy przejazd zmieniał się w zmarnowaną okazję czytelniczą – kompletnie nie mogłam się skupić na lekturze. Otwierałam książkę, kładłam ją na kolanach, a gdzieś obok ktoś rozpoczynał rozmowę przez telefon, wymianę poglądów na temat żydokomuny czy relację z ostatniej wizyty u lekarza. A ja, bez względu na moje chęci i starania, wychodziłam z pociągu z głową pełną lekarzy, spisków czy cudzych zakupów.

6. Czy czytasz jedną książkę, czy kilka na raz?
Jedną. Choć mam na półce kilka książek, które kiedyś zaczęłam czytać, a które obecnie czekają na lepsze czasy. Albo moment, gdy będę w nastroju akurat na dokończenie tej jednej historii. 

7. Czy czytasz w domu, czy gdziekolwiek?
Kiedyś czytałam gdziekolwiek – na szkolnym korytarzy, na przystanku, w autobusie, w pociągu, w drodze między domem a przystankiem (jeśli książka była wystarczająco ciekawa). Właściwie, czytałam głównie w środkach komunikacji miejskiej czy międzymiastowej.

Odkąd nie jeżdżę autobusami, czytam głównie w domu. Wychodząc z domu, wciąż zabieram ze sobą książkę, ale jest to bardziej efekt przyzwyczajenia niż czegokolwiek innego. I te zabierane książki często zostawiam w aucie, żeby chociaż trochę zredukować ilość noszonych w torbie rzeczy. Podejrzewam, że mój kręgosłup jest mi za to wdzięczny.

8. Czy czytasz na głos, czy w myślach?
W myślach. Na głos mogę do siebie mówić, co najwyżej. Ale staram się nie robić tego publicznie.

9. Czy czytasz naprzód, poznajesz zakończenie? Pomijasz fragmenty książki?
Jeśli czytanie jakiejś książki sprawia mi przyjemność, zdarza mi się otwierać ją na chybił trafił i czytać jakiś fragment z wyprzedzeniem. Jest coś fajnego w zastanawianiu się, o co w tym fragmencie chodzi. I w tym, jak wiele stron (czasem i wiele dni) później, docieram do tego jednego fragmentu i rozpoznaję go, z poczuciem, że jakiś kawałek układanki trafił we właściwe miejsce.

10. Czy zginasz grzbiety książek?
Nie. A właściwie staram się ich nie zginać. Ale chyba nie potrafię przeczytać grubej książki w miękkiej oprawie, nie zaginając jej grzbietu.

 

Do odpowiedzenia na pytania z TAGu zapraszam każdego, kto ma ochotę. A resztę zapytam: czy czytacie i co czytacie?

O grzanych cydrach

!0616.jpg

Grzany cydr jest czymś, do czego z początku podchodzę sceptycznie (przeważnie pozostaję przy swoim konserwatywnym grzanym winie, w którym pływa, co najwyżej, kawałek pomarańczy i zestaw przypraw, którego wolę nie analizować) i, w rezultacie, miło się zaskakuję. Grzany cydr z łatwością układa się na języku, przyjemnie grzeje dłonie i pozwala skupić myśli na kojąco nieambitnym wyławianiu kawałków jabłek spomiędzy goździków.

Grzaniec jest domowy. Kuchennej krzątaninie brakuje tego doskonale znajomego, zmęczonego zniecierpliwienia, który przeważnie charakteryzuje osoby głodne i przez ten głód zmuszone do wykonywania nielubianych czynności. Zamiast niego jest nieśpieszne krojenie, szperanie wśród półek i poszukiwanie kufli. Jednoosobowe. Bo ja stoję wciśnięta w kąt między lodówką i stołem, starając się nie przeszkadzać gospodyni i nie stanąć przypadkiem na jakimś kawałku kota, który z masochistyczną przyjemnością pcha mi się pod nogi. A przy okazji rozglądam się po tej kuchni i myślę, że być może posiadanie jej na stałe doprowadziłoby mnie do szału, ale wszystkie mieszkania, w których odwiedzałam N to zupełnie inna sprawa – nie przeszkadzałaby mi tutaj nawet lepka podłoga pokryta kocią karmą i hodowla pleśni w kubkach.

Pijemy przed koncertem. Dostaję do ręki duży, ogromny kufel, który opróżniam mimochodem i nie do końca świadomie. Po prostu, w pewnym momencie zaglądam do niego z myślą o kolejnym łyku i nie znajduję nic ponad szkło i owoce. Zmartwiłabym się, być może, gdyby nie było tak ciepło i sennie, miękko i sennie. Gdyby ta senność nie krążyła po krwiobiegu… Ale krąży. Pod skórą ledwo starcza miejsca na przedkoncertowe podekscytowanie (leniwe i mało energiczne, ale zdecydowanie obecne), które odrobinę mnie zaskakuje i którego nie czułam już jakiś czas. Co się z nim stało? Czemu nie ma go tak bardzo i często, jak jeszcze niedawno?

Czas upływa między jednym kuflem grzańca a drugim. Nie myślę już o setkach rzeczy, które należałoby zrobić w ten weekend ani o ciężkim, męczącym tygodni, który mnie czeka. Drugi kufel dostaję do ręki razem z talerzem odgrzanego jedzenia z najdziwniejszej chińskiej knajpy, jaką przyszło mi zobaczyć, co bawi mnie niemożebnie. Drugi kufel dostaję już po koncercie, więc mam pod skórą melodię, w uszach szum, a we włosach dźwięk. Pod mostkiem rozlewa się ciepła nerwowość przywodząca na myśl wszelakie zauroczenia i ukochane zachwyty, mięśnie rozluźniają się łatwo, senność wychodzi spod łóżek i szaf, jakby pod naszą nieobecność nie robiła nic poza tęsknym wyczekiwaniem naszego powrotu, a ja wciąż pod stopami czuję grunt wibrujący, jak wtedy, gdy tyle osób skacze jednocześnie.

Czy ty tak nie miewasz kochanie?

Niektóre chwile to jakby się w ramę wpisały

Później spróbuję zrobić ten grzaniec w domu. Wyłuskam spomiędzy wspomnień, zaskakująco niekonkretnych, przepis tak prosty, że aż banalny. Odtworzę go w domu, po tym ciężkim tygodniu. I to nie będzie to samo. Czegoś będzie brakowało? Emaliowanego garnka, cydru innej marki? Towarzystwa? Leniwego podekscytowania obecnego pod skórą? Poczucia, że wszystkie trzeba mogą poczekać na jakieś jutro czy jakieś pojutrze?

 

O niczym konkretnym

21d9002c96763dd7b3b7d033e7c1f68e

Każdy w sobie nosi te miliardy gwiazd, gasnących powoli jedna po drugiej, zjadanych przez troski, choroby, nieszczęścia i kataklizmy, ale dużo ich – gwiazd, niezliczenie, miliardy i jeszcze ciągle nowe się rodzą, i może to jest to właśnie, co trzyma nas. Może to jest to, ten ciężki cud, za sprawą którego udaje się jednak wyleźć z mroków jamy na powierzchnię, i żyje się dalej.
Świeci się dalej.

Spadają na mnie nadmiary obowiązków. Nie zawsze, nie regularnie, ale często. Po prostu każdy prowadzący nagle uznaje, że należy zrobić kolokwium, okres załatwiania przeglądów i ubezpieczeń to przełom października i listopada, a szefowa pyta, czy nie mogłabym przychodzić do pracy częściej zawsze wtedy, gdy najchętniej nie przychodziłabym wcale. Śpieszę się wszędzie. A że uszkodziłam sobie coś w stopie (niezdarna ja) to śpieszę się, kulejąc.

W ten sposób znowu przegapiam moment, w którym nerwowy pośpiech zaczyna krążyć w moich żyłach. Uświadamiam to sobie, gdy po raz kolejny warczę w odpowiedzi na zdanie, które normalnie wzbudziłoby we mnie, co najwyżej, chęć przewrócenia oczami. Gdy siedzę w aucie i na usta ciśnie mi się boże, nie da się iść szybciej? To przejście dla pieszych, nie spacerniak. Gdy garbię się bardziej niż zwykle, mięśnie czuję mocniej niż zwykle, wstaje się ciężej niż zwykle. Gdy snuję się po domu, narzekając na to, że nikt mnie nie docenia. Gdy robi się za szaro, za zimno, za ponuro, a świat zdaje się napierać na mnie za bardzo.

Zastanawiam się, czy kiedyś troska o siebie samą wejdzie mi w krew? Czy nowy nawyk zastąpi kiedyś ten, do którego nieświadomie i niechętnie wracam zawsze wtedy, gdy świat wymyka mi się z rąk? Czy kiedyś będę bez namysłu mówić nie teraz, teraz muszę odpocząć czy może już zawsze będę musiała podejmować tę decyzję świadomie, z trudem, dopiero wtedy, gdy zacznę odczuwać wszystkie skutki tego, co robi ze mną pośpiech czy stres, czy po prostu zmęczenie?

Nie wiem. Ale liczę na to, że krok po kroku będę ten nawyk oswajać. Że będzie łatwiej, coraz łatwiej, aż w końcu troska o siebie będzie równie bezmyślna, co wiązanie sznurówek i robienie porannej kawy. A na razie spisuję listy rzeczy, które pozwalają mi odetchnąć, rezygnuję z tego, czego nie muszę robić w tej konkretnej chwili, rozgrzewam się dobrą herbatą i w nieskończoność zapętlam tę piosenkę. No i trzymam się, najmocniej jak mogę, tamtych słów Stachury.

 

O tym, co przychodzi mi do głowy podczas korepetycji.

13092382_1057902634279535_545980465_n

Zdarza mi się udzielać korepetycji. Zajęcie, jak zajęcie. Według mnie bije na głowę roznoszenie ulotek i jest znacznie przyjemniejsze niż praca w knajpie czy sklepie, ale wiem, że sporo osób się z tym nie zgodzi. Tak samo jak wiem, że spora część znanych mi osób nie uważa, żebym się do tego zajęcia nadawała (na szczęście, nie im to oceniać).

Zajęcie jak zajęcie. No może tylko daje większe możliwości interakcji z następnymi pokoleniami niż roznoszenie ulotek. Więcej nasłucham się o głupich pracach domowych, nauczycielkach, które je zadają, filmach Disneya i nowych serialach. Między ćwiczeniami posłucham o tym, jak cudowne jest Frozen, obejrzę pośpiesznie naskrobany diagram popularności w gimnazjum i będę upierać się, że procenty to wiedza niezbędna do życia w społeczeństwie.

Przyjrzę się temu, jak moja dwunastoletnia sąsiadka przeżywa końcówkę piątego tomu Harry’ego Pottera i to, że koleżanka nieopatrznie zdradziła jej, kto w tym tomie umiera. Polecę gimnazjaliście Pulp Fiction, bo film powinien mu się spodobać i w ogóle, to skandal, że go jeszcze nie widział. W ramach rewanżu dowiem się, o czym jest Mr. Robot zanim przeczytam o nim wzmiankę w jakiejkolwiek gazecie.

Co jakiś czas, myśląc o korepetycjach, dojdę do wniosku, że się starzeję. Stwierdzę z melancholijnym westchnieniem, że nie da się czegoś ponownie obejrzeć czy przeczytać po raz pierwszy. Uzmysłowię sobie, że z każdą kolejną książką maleje szansa, że coś zwali mnie z nóg i sprawi, że do rana będę czytać z wypiekami na twarzy. Uznam, że zazdroszczę możliwości wyboru między tymi wszystkimi zajęciami, które organizuje szkoła czy rodzice. Że podobno najlepsze lata naszego życia to okres szkolny. I że już nie będę łączyć marzeń dowolnie i bez oporów, uznając, że mogę zostać inżynierem czegoś i gwiazdą koszykówki jednocześnie. I że też chciałabym mieć w sobie tą pozbawioną wątpliwości pewność, że kiedyś będę równie ogarnięta życiowo jak te wszystkie perfekcyjne panie domu.

Na szczęście, to mija.

Podumam przez chwilę, może dwie. A potem, potem przestanę się nad tym rozwodzić. Uznam, że, w przeciwieństwie do znanych mi czternastolatków, mogę się przyznać, że nie znam zespołów, których słuchają moi znajomi i nikt nie będzie miał o to do mnie pretensji. Że mogę iść na koncert Łony, posiadając praktycznie zerowe pojęcie o rapie i cieszyć się z tego, że mile się zaskoczyłam. Mogę zrobić sobie tatuaż i nie przejmować się tym, co sądzą na jego temat znajomi rodziców czy własna rodzina. Mogę uśmiechać się pod nosem, gdy czytam post szesnastolatki, odradzającej wybieranie tatuażu przed czternastymi urodzinami, bo do tego czasu formuje się osobowość. I jeśli chcę, mogę spędzić przerwę miedzy zajęciami, czytając książkę bez obaw, że nie będę mieć życia, czym martwił się w zeszłym roku mój ulubiony gimnazjalista. Dzięki Bogu.

Z resztą, nie mogłabym narzekać na starość, skoro moja dwunastoletnia sąsiadka czasem patrzy na mnie z politowaniem i twierdzi, że nie wiem nic o życiu. Za to mogę się z nią bezkarnie zgadzać i po skończonym angielskim wracać do kolorowanek, zakochań w muzykach czy pisarzach i nowych martensów.

Więc zgadzam się.

Całe szczęście.

O drzwiach i innych historiach

ulica_mic499towa_1_gdynia_-_001

Niektóre chwile to jakby się w ramę wpisały
Nie łączą się z czasem jedynie z obrazem

Moja sąsiadka miała szafirowe drzwi. Wyróżniały się mocno na tle brązów i szarości, za którymi zwykle chowa się mieszkania. Przyciągały spojrzenie za każdym razem, gdy je mijałam. Budziły ciekawość. Sprawiały, że korciło mnie, by nacisnąć klamkę i sprawdzić, czy schowane za drzwiami metry kwadratowe mają równie nasycone barwy.

Wbrew temu, o czym próbował przekonać mnie szafirowy prostokąt drzwi, właścicielka mieszkania była zaskakująco zwyczajna. Na emeryturze odkąd pamiętam, z dorosłą córką mieszkającą w Niemczech. Miała zupełnie zwyczajne pretensje, że posadzone przez Wspólnotę Mieszkaniową drzewo prędzej czy później zasłoni jej cały widok. Nie hodowała nawet ropuch czy czarnych kotów. Wydawała się całkowicie nieinteresująca dzieciom, dla których trzy piętra i pojęcie emerytura wydają się być przepaścią nie do zasypania. Tylko te drzwi ciekawiły mnie strasznie…

Ciekawią mnie dalej, choć z innych przyczyn. Kto wybrał te szafirowe drzwi? Poprzedni właściciele mieszkania, którzy może kochali intensywne, nasycone kolory i którzy pozostawili po sobie tylko szafir framugi i drzwi? Pani Ela, jej mąż, bo kiedyś przecież miała męża, ukochana córka, która kiedyś jeszcze nie mieszkała tak daleko? Kiedy ta decyzja była podjęta? Mieszkali w tym mieszkaniu o szafirowych drzwiach we trójkę? Było to małe gniazdko, do którego wprowadzało się małżeństwo, bo po wyjeździe córki poprzednie lokum zdawało się być za wielkie i zbyt puste czy miejsce, na które było stać wdowę ze skromną emeryturą, która może wybierała te drzwi z myślą, że mąż tak bardzo lubił niebieski? Setki, miliony drobnych historii, których nigdy nie usłyszałam, a których wariacje mogę, co najwyżej, układać popołudniami.

Pani Ela przestała być sąsiadką lata temu, przestała podwójnie – od prawie dekady nie mieszkam w tym bloku, ona od paru lat nie żyje. Jej córka dalej mieszka w Niemczech, jej długo wyczekiwane dziecko dostało imiona Elizabeth Mercedes. Wypadnie mi ta myśl z głowy, prędzej czy później. Wypadnie tak, jak wypadły rzeczy, które przez te lata wiedziałam o swojej sąsiadce, większości sąsiadów. Są w końcu nowi sąsiedzi, nowe historie, lokatorzy przemalowujący drzwi, domy i mieszkania, znajomi i obcy, miliony, miliardy drobnych historii.

I tylko te drzwi zostaną mi w głowie. Tak samo niebieskie, jak wtedy, gdy zawieszałam na nich wzrok, zbiegając ze schodów.