O czym myślę, jeżdżąc autem

6tag_250916-193251

Chciałbym się raz dowiedzieć, co właściwie o tym myślę,
o tym sobie (czas wreszcie pomyśleć o sobie,
zakrzątnąć się w przedsionkach serca,
wyjaśnić tlen, na czym właściwie polega
czerń krwi w żyłach, ustalić jaki wniosek płynie…)

Jeśli przypadkiem trafię gdzieś na Tetris to wciąga mnie on do tego stopnia, że potem śnię o budowaniu nigdy niekończących się budowli z kolorowych klocków. Dlatego na swoim telefonie nigdy go nie instaluję. Nigdy też nie kupuję układanek logicznych. Udzielałam kiedyś korepetycji chłopakowi, który dostawał od ojca gry przygotowywane na Bałtycki Festiwal Nauki i zdarzało się, że on rozwiązywał zadania z angielskiego czy chemii, a ja przez dwie godziny próbowałam ułożyć z różnokształtnych klocków czworościan. Tak bywa.

Obserwuję ludzi, przyglądam się temu, z kim wchodzą w związki, w kim się podkochują, z kim przyjaźnią na śmierć i życie. Lubię zastanawiać się, czemu czyjaś przyjaźń nie przetrwała, a czemu któraś trwa od lat. Szukać podobieństw i różnić u osób, które są ze sobą w związku, próbować dojść, czemu niektóre uczucia nie wystąpiły między ludźmi, mimo że mogły. To jest, w gruncie rzeczy, kolejna układanka, z gatunku tych, w których trzeba przyjrzeć się każdemu z klocków i ocenić, jaki kształt będzie tworzył z pozostałymi.

Miałam kiedyś koleżankę, która kochała się w różnych chłopakach. Zmieniała obiekt westchnień dość często, o każdej miłości mówiła chętnie i dużo, stanowiła więc doskonały obiekt do obserwacji. Na pierwszy rzut oka, obiekty jej uczuć łączyła jedynie płeć i fakt bycia tym obiektem. Po czasie doszłam do wniosku, że mają jednak sporo cech wspólnych. Mogłabym nawet posłużyć się schematem i powiedzieć, że kochała się w chłopakach, którzy w młodzieżowych filmie byliby najprawdopodobniej nieco niezdarnymi, nieśmiałymi przyjaciółmi dziewczyny zakochanej w popularnym sportowcu. Jedyny chłopak, który nie pasował do tego opisu, był jej wielką miłością od pierwszego wejrzenia do pierwszej wspólnej rozmowy.

 

Nie da się traktować tych rozważań zbyt poważnie. To bardziej matematyczne zadania pozbawione części danych, mają więc nieskończoną liczbę możliwych rozwiązań. Albo schematy, które przywodzą na myśl inne łamigłówki, które chociaż raz udało się złożyć – niektóre rozwiązania czuję i tym przeczuwaniem się zadowalam, inne pozostają poza zasięgiem wyciągniętych dłoni.

Koleżanka ta z zapałem opowiadała o swoich kolejnych miłościach i szczegółowo opisywała wszystko, co jej się w nich podobało. Słuchało się tego dosyć zabawnie – ciężko mi było uwierzyć w jej umiejętność dostrzegania dobroci charakteru w kształcie twarzy, poczucia humoru w błękitnych oczach, nawet najpiękniejszych. Ale może podskórnie, całkowicie nieświadomie wyczuwała pewne cechy, a potem przekonywała siebie i mnie, że widzi je w kształcie szczęki, błysku w oku czy zapachu perfum?

Myślę czasem o tych wszystkich dziewczynach, z którymi próbowałam się zaprzyjaźnić, a które później nie miały dla mnie czasu. O osobach, z którymi faktycznie się przyjaźnię, a których przy pierwszym spotkaniu nie uznałabym za potencjalne bratnie dusze. O chłopakach, w których się kochałam, a którzy kompletnie nie zwracali na mnie uwagi, bo mam do takich szczęście. I całkowicie fikcyjnych postaciach, w których się podkochiwałam, a do czego pewnie nigdy się nikomu nie przyznam. Myślę o ludziach, których lubię dużo bardziej niż innych i zastanawiam się, co widzimy w drugim człowieku. Jakie przymioty wyczuwamy podświadomie, których odkryć nie dokonujemy, a jedynie wmawiamy je sobie z podziwu godnym uporem.

Tak łatwo jest powiedzieć sobie kocham to, jaki jest cholernie inteligentny albo cenię sobie to, że lubimy te same rzeczy, ale przecież to nie tak. Jest dużo ludzi, którzy są ode mnie mądrzejszy, a którzy niemożebnie mnie denerwują. Sporo takich, z którymi mam coś wspólnego, a z którymi wolałabym nie spędzać zbyt dużo czasu. Ale są też osoby, których kocham, ale których ulubionego serialu nie mogę znieść, a ulubiona książka mogłaby mnie wyleczyć z bezsenności. Myślę więc o tych wszystkich ludziach, prowadząc jednostronne dialogi z siedzeniem pasażera lub chmurami przelatującymi za oknem i szukam czegoś, co zdaje się być niemal nazwalne. Nie rozum, nie tylko. Na pewno nie uroda, najwyżej odrobinę, nie poczucie humoru, przynajmniej nie wyłącznie. Nie złośliwość, bo do niczego nie prowadzi. Nie uśmiech, nie łatwość rozmowy, nie zapach, nie podobieństwo do, nie różnice w porównaniu z, więc co?

 

O sennym mieście

deszcz_01

Tu w każdy kąt kochana
Wpisana jest taka tęsknota

Są takie miejsce, w których doskonale widać, że w niektóre jesienne dni miasto zwija się w kłębek jak kot i nie wychyla głowy poza legowisko. To nie jest tak, że miasto zamiera niedzielnym bezruchem, umiera na jeden dzień i nie porusza się wcale. To raczej leniwa nieruchomość kogoś, kto postanawia nie wykonywać żadnych ruchów poza tymi, które są absolutnie konieczne i tymi, które rodzą się ze zbyt długiej bezczynności – przekręcenie na drugi bok, odgarnięcie włosów łaskoczących policzek, przetarcie oczu lepiących się od snu.

Patrząc przez okno, widzę przede wszystkim zieleń. Drzewa dumne i nieruchome. Liście co jakiś czas drżące pod dotykiem wiatru, jabłka zarumienione od chłodu, ale wciąż nieskore do zerwania z gałęzi, szarość roztartą na niebie. A jednak, jeśli zawieszę wzrok na tym pejzażu na wystarczająco długi okres, dostrzegam ruch. Deszcz wydaje się bardziej ściekać z chmur niż padać, ale wciąż daleko mu do mgły czy czającej się lasach wilgoci. Samotne auto powoli przejeżdża uliczką, ulgę spowodowaną zbliżającym się powrotem do domu ma wypisaną nawet na obracających się oponach. Chrzęst żwiru zawsze o dwa kroki wyprzedza wracające ze szkoły dzieci. Liście zaczynają opadać – na razie jest to niemal niedostrzegalny upadek pojedynczych liści, ich ruch pozostaje bardziej teorią niż faktem. Na razie szeleszczą nie liście pod stopami, a kolejne strony książki przewracanie w zamyśleniu i trochę mimochodem. W dziwnie niemiejskiej ciszy można usłyszeć rozpoczynającą się krzątaninę ptaków powoli uświadamiających sobie, że nadchodzi czas pakowania, walizek i najdalszych podróży. Para, która przecierając zmęczone oczy, próbuje z wózkiem lawirować między kałużami, ma na twarzach leniwą ochotę powrotu do łóżka, którą ja czuję pod skórą. A mimo to, przemierza dzielnicę ulica za ulicą. Gdzieś w oddali auta ścigają się z chłodem, dociera do mnie jedynie niewyraźne echo ścieżki dźwiękowej tego pojedynku. Wszystko cieknie.

Drobne, drobne ruchy. Ruchy Browna, ale może nie do końca, bo Brown nie obserwował wędrówek pojedynczych atomów a jedynie chaotyczną krzątaninę cząsteczek w tłumie. A miasto jest dzisiaj zbyt senne i zmęczone całym tygodniem, by dbać o tłumy, korki i skupiska ludzi. Miasto pije ze mną kawę. Łyk za łykiem, nieśpiesznie, w milczeniu. Bez wiary w ożywcze działanie kofeiny, wyłącznie dla przyjemności trzymania w dłoniach ciepłego kubka i miękkiej słodkości na języku.

Miasto wie, że czasami budzę się o świcie i nawet moja dusza jest wilgotna.

 

 

O czymś, co za mną chodziło i musiało się w końcu napisać

6tag_310816-081630.jpg

Sądziłam kiedyś, że wieczny pośpiech to oznaka wchodzenia w dorosłość. Że jeśli będę wciąż gdzieś gnać, jeśli doba będzie wydawać się wciąż o dobę za krótka, a lista zadań o pozycję za długa to wypełniony po brzegi organizer stanie się permanentnie obecnym w zasięgu ręki dowodem na to, że jestem niezastąpiona. Że może uda mi się w końcu zgubić nachodzące mnie czasem poczucie, że marnuję czas. Że wszystkie niedogodności wynikające z tego biegu na łeb na szyję miną z czasem, są tylko przejściowe i że, jeśli zacisnę zęby i będę wytrwała, znikną, a w ich miejscu zostanie tylko naładowane energią poczucie, że świat pali mi się w rękach… Udawało mi się nawet przez jakiś czas balansować na granicy tego szaleństwa, wydawało mi się, że w nim się odnajduję i że w jakiś sposób dodaje mi energii (w jaki, nie mam pojęcia), i nawet rodzina patrzyła na mnie z podziwem.

Pośpiech nie jest ani twórczy, ani mobilizujący. Jest przede wszystkim (tylko?) strasznie męczący. Ta mało wyszukana i oryginalna myśl to dla mnie stosunkowo nowe odkrycie. Chwilę po nim nadeszła myśl, że marazmy, których się boję i przed którymi w pośpiechu uciekam, zawdzięczam głównie zmęczeniu i mój światopogląd nieco się posypał.

Pierwsze – najbardziej instynktowne – przekonanie, że teraz należy zmienić swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni nie było najlepsze, bo było tym samym pragnieniem pośpiechu skierowanym w inną stronę. Z resztą, mam ten pośpiech wpleciony pomiędzy nici materiału genetycznego, utkana jest z niego moja skóra i całkowite pozbycie się go z życia nie mogłoby być tak gwałtowne i bezkompromisowe.

Przed tą dziwną potrzebą rzucenia się w pogoń ratują mnie drobiazgi. Widok dzieci puszczających latawce w niedzielne popołudnie sprowadza mnie na ziemię z krainy obowiązków i rzeczy do zrobienia. Zapach kawy na moment uziemia. Podobnie jak widok kryjących się między liśćmi jabłek, które rumienią się nieśmiałym rumieńcem. Chwila, choćby krótka, spędzona z książką na kanapie. Błyszczące oczy kasztanów zerkające na świat spod zielonych powiek. Malowanie paznokci. Chaotyczny lot babiego lata, które skrzy się na powietrzu i trawach tak, że następując na nie, spodziewam się usłyszeć chrzęst tłuczonego szkła. Zapach ulubionego balsamu do ciała, który czuję, gdy najmniej się tego spodziewam. Moment, który trzeba poświęcić na to, by zrobić zdjęcie borówek we własnym ogrodzie. Rozmowa z kimś, kogo lubię. Powtarzana jak mantra myśl, że nic nie muszę. Promienie jeszcze sierpniowego słońca klejące się do skóry.

Małe, małe rzeczy.

6tag_060916-152733

O byciu jakimś i opuszczonych budynkach…

 

6tag_060916-152929

W jednym z muzycznych programów dziewczyna mówi, że jest trochę „creepy”, bo lubi chodzić po opuszczonych budynkach i zbiera analogowe aparaty. Podnoszę wzrok znad telefonu i przez dłuższy moment nie myślę o niczym innym. Czasami w ten sposób dogania mnie jakieś zdanie, spomiędzy linijek artykułu czy sekund czasu antenowego wyrywa się skrawek tekstu, który z jakiegoś powodu łapie mnie za rękaw koszuli i bardzo intensywnie próbuje zwrócić na siebie moją uwagę.

Kiedy ostatnio sądziłam, że mogę wybrać jakieś słowo, które by mnie określało i powiedzieć jestem właśnie taka? Zdarza mi się definiować siebie, ale jest to zdanie czy myśl, o której wiem, że jest okruchem autoironii czy sposobem na odreagowanie, co najwyżej określeniem opisującym mnie w tej konkretnej chwili. Ale kiedyś wydawało mi się przecież, że ze wszystkich wersji siebie wybrałam jedną i jej będę się trzymać, kiedy to było?

Musiałam być naiwnie nastoletnia, pewnie stałam na palcach na granicy lat uznawanych za okres dojrzewania. Teraz jestem z dekadę starsza i wiem, że nie dałabym rady określić się jednym słowem, bo żeby je wybrać musiałabym z pewnych wyrazów zrezygnować, a tego nie umiem zrobić.

Mogłabym stwierdzić, że kocham jesienie i zimy, wieczory z muzyką i książką to moje powołanie, ukochana świeczka ma zapach kaszmiru i kakao, a ja jestem utkana wyłącznie z jesieni i melancholii. Ale nadejdą pierwsze chłody, wpadnę w wir zajęć, których zimą jest zawsze najwięcej i będę mogła mówić, że sierpień jest moim ukochanym miesiącem, bo będę tęsknić za latem rozlewającym się po skórze, feerią barw i krzykliwością świata, który jednocześnie próbuje oferować mi wszystkie zapachy, smaki i kolory. Mogłabym się zgodzić z rodzicielką, która co jakiś czas mówi mi, że mam chłodny, męski umysł albo z babcią, która twierdzi, że jestem jak mimoza, zbyt wrażliwa na świat. Mogę przyznać rację tym, którzy słysząc co i gdzie studiuję, wzdychają: ach tak, umysł ścisły albo uznać to, że odkąd pamiętam śnię o słowach i pisaniu za znak, że byłam i będę humanistką. Mogę czytać mądre książki albo przeżywać miłości do głupich seriali, oszczędzać albo wydawać pieniądze na głupoty. Bywam neurotyczna albo samoświadoma, niezależna lub potrzebująca opieki. Mogłabym być cyniczna i poważna albo mogę po dziecięcemu cieszyć się kolorem nieba i kupowaniem świeczek. Jestem nostalgiczna albo wpadam w euforie, tęsknię za melancholiami lub zachwytami…

Dziewczyna mówi, że jest „creepy”, bo lubi chodzić po opuszczonych budynkach, a ja uświadamiam sobie, że nie odczuwam potrzeby określania, jaka jestem na podstawie kilku cech. Kocham moje małe melancholie i tęsknię za nimi, gdy myśli za szybko płyną przez głowę, ale gdy przytłaczają mnie smutki i nostalgie, śnię o rozpalających zakończenia nerwowe zachwytach. Nie mam ani chłodnego umysłu, ani skóry zbyt cienkiej – nawet jeśli czasem wydaje mi się, że jest inaczej. Czytam książki, które uważam za dobre i oglądam seriale, które lubię, kupuję świeczki pachnące jesienią, umawiam się na pierwszy tatuaż i noszę martensy w kwiatki. Lubię obserwować zachody słońca, jeżdżąc samotnie autem i oglądać koncerty, będąc w samym sercu tłumu. Bywam poważna i cyniczna, a czasami wszystko mnie bawi i zachwyca. I nie muszę wybierać.

Czasami budzę się z lękiem i wydaje mi się, że nie można wiecznie stać na wszystkim okrakiem. Zdarza się, że sądzę, iż wybranie jednej jedynej rzeczy, na której bym się skupiła wyszłoby mi na dobre. Czasem czuję przymus być jakąś konkretną wersją siebie, filtruję wtedy swoje zachowanie przez pryzmat tej myśli, nie zawsze zdając sobie z tego sprawę. Ale, koniec końców, nie muszę wybierać.

Zaskakująco kojąca myśl, która przychodzi wraz z urywkiem zdania, które mogło przecież unieść się na wietrze i nigdy na mnie nie trafić. Nie muszę wybierać. Nie muszę.

 

Nick Cave, herbata i masło orzechowe

 

33158-hello-september-surprise-me-copy
You’re a distant memory in the mind of your creator, don’t you see?

Kiedyś nie lubiłam jesieni.Kojarzyła mi się z mokrymi liśćmi przyklejającymi się do butów, wiecznie przemarzniętymi dłońmi, porankami ciemnymi i zimnymi. Z powrotem do szkoły, kalejdoskopem rzeczy, które powinnaś zrobić niezależnie od tego, czy masz na to chęć i brakiem czasu. Z szarością wspinającą się po ścianach, z tym, że letnia paleta kolorów blednie stopniowo, aż w końcu nie zostaje po niej nawet wspomnienie. Z tym, że zaczyna się sezon przemarzania, kiedy to zimno wsącza się w kości, kiedy jedynie bywa ciepło i jasno. W końcu, z tym, że wakacyjne euforie zastępuje jesienna melancholia, na granicy każdego toku myślowego tańczy myśl, że czas mija, nic się nie zmienia, nic ze mnie nie będzie, nie umiem sobie nawet poradzić z myślą, że zbliża się zima i będzie psychicznie trudniej.

Ostatnio robię się głodna jesieni. Śnią mi się ciepłe pościele i miękkie swetry, półcienie, półtony i niedopowiedzenia. Śnią mi się nawet popołudnia ubrudzone nostalgią, długie godziny spędzane na kanapie z książką i wieczory spędzane z kimś, w towarzystwie braku pośpiechu. Przeglądając zdjęcia, zatrzymuję się dłużej na obrazach kolorowych liści i gorących herbat. Kupuję świece o zapachu przypraw. Piję herbatę za herbatą. W księgarniach zatrzymuję się dłużej przy książkach, z których tytułów można wyczytać melancholię. W sklepach z ubraniami muszę dotknąć każdego ze swetrów. Myśląc o muzyce, odruchowo sięgam po Nicka Cave’a. Kupuję masło orzechowe i książki, dużo książek.

Zastanawiałam się, skąd we mnie to pragnienie jesieni. Przez dłuższy czas obwiniałam widok za oknem – ciężko myśleć o lecie, gdy za oknem jest szaro i chłodno. Winorośl przybiera kolor rumianych jabłek. W ogóle, cały świat rudo-brązowieje powoli, acz nieuchronnie. Ptaki patrzą w niebo, myśląc o ucieczkach i oddaleniach. Polne myszy szukają schronienia, nocami słyszę pytające skrobanie pod drzwiami. Żywe barwy deszcz pracowicie ściera z liści drzew już drugi dzień z rzędu, pada tak długo, że nawet moja dusza jest wilgotna…

Teraz myślę, że to nie widok za oknem, a podskórne przeczucie myśli, którą dopiero teraz jestem w stanie ubrać w słowa: jesień jest okresem dbania o siebie samych. To jesienią ubieram ciepłe skarpety i rękawiczki, nie bacząc na ich kolorystykę czy jakąkolwiek modę. Jesienią ubieram ciepłe, miękkie swetry, przedkładając zmysłową przyjemność kontaktu z czymś przyjemnym w dotyku nad zabawnie ironiczne hasło na T-shircie. Bez wyrzutów sumienia wtulam się w kanapowe poduszki, trzymając książkę w dłoni, bo – w gruncie rzeczy – tak najbardziej lubię odpoczywać. Piję kawę dla samej idei picia ciepłej, dobrej kawy i nie analizuję w głowie jej pobudzających właściwości. Smakuję przeróżne herbaty, po których potem zostaje mi posmak na języku i ciepło w dłoniach. Słucham muzyki, naprawdę słucham i zatapiam się w ciepłej melancholii, bo z nią czuję się dobrze i to ona pozwala mi najuważniej patrzeć na to, co zwykle przegapiam w pośpiechu. Sięgam po poezję i nieśpieszne ciągi myślowe. Nabieram ochoty, by upiec ciastka, do których trzeba dodać kostkę masła, bo sam proces wycinania wiewiórek i jeży z miękkiego ciasta ma w sobie nieśpieszny urok. Nachodzi mnie nawet chęć, by wypić w kawiarni zbyt drogie i nie do końca warte swojej ceny, ale niesłychanie klimatyczne dyniowe latte.

Co robicie jesienią?