Listy ludzie piszą

12
Nie moje, ale też takie chcę ❤

Jest taka scena w filmie „Pod słońcem Toskanii”, w której główna bohaterka na prostokącie pocztówki próbuje opisać urok i klimat tego, co ma przed oczami. Fragment ten – teraz już wystrzępiony i blaknący w mojej pamięci – wraca do mnie, gdy błąkam się między sklepowymi regałami.

Miałam kiedyś koleżankę, do której pisałam listy. Pisałam listy o niczym, starając się nie myśleć o tym, że dowolność tematu mnie deprymuje, a codzienność nie wydaje się zasługiwać na poświęcane jej paragrafy czy nawet strony. Pisałam, do koperty wkładałam kolczyki kupione w jakimś małym sklepiku, listę piosenek wartych przesłuchania czy karteczki z ulubionymi cytatami. Do jakiego miasta wysyłałam te wszystkie rzeczy, nie pamiętam. Wiem tylko, że miałam koleżankę, do której pisałam, ale odstępy między listami rosły, aż w końcu nie było potrzeby zaglądania do skrzynki. Zostało wspomnienie równych, niebieskich liter, wisiorek, który dołączony był do jednego z listów i myśl o tym, że być może wciąż mam któryś z listów schowany w którymś pudełku nie otwieranym od lat.

Wiem, natomiast, w którym pudełku jest pierwsza pocztówka, jaką kiedykolwiek dostałam. Znajduje się w tym samym miejscu, co kartki, które co roku moja przyjaciółka dołącza do urodzinowego prezentu. Ponadto, pocztówka po podróży przez pół świata i siedemnastu latach, wciąż jest w bardzo dobrym stanie. Trzyma się lepiej niż bilety na koncerty i zachowane z sentymentu drobiazgi, czemu można, ale nie trzeba nadawać znaczenia. I wpada mi czasem w ręce przy porządkach, a wtedy nostalgia zostaje na palcach i brudzi wszystko, czego później dotykam.

Na podobną tęsknotę wpadam, gdy błąkając się po sklepach, trafiam na pocztówki do kolorowania. I nagle pamiętam o tamtej scenie z „Pod słońcem Toskanii” i o tej kartce sprzed lat. I nagle chcę kupić je wszystkie, pokolorować z myślą o kimś, a nie dla samej idei i posłać w świat. Może tęsknię za robieniem czegoś dla kogoś od tak, bez powodu czy potrzeby? Może chcę włożyć w coś odrobinę wysiłku, puścić to w świat i liczyć, że jakaś istota – pomimo zabiegania, pośpiechu i hałasu codzienności – doceni ten gest i uśmiechnie się? Może brakuje mi kontaktu z drugim człowiekiem nie opartym na zakupach, rozmowach o polityce i kłopotach? A może zwyczajnie jestem nieco samolubna i sama chciałabym znaleźć w skrzynce pocztowej coś, co nie jest katalogiem Ikei czy rachunkiem i co ktoś nadawał z myślą o mnie, a nie potencjalnym zarobku?

Możliwe, że znaczenie ma nie powód, dla którego tęsknię, a sam fakt, że nostalgia wraca i znajduje mnie co jakiś czas. Albo też naprawdę liczy się jedno pytanie:

Kto chce, żeby mu wysłać pocztówkę?

Miałam się kiedyś za to zabrać czyli Liebster Blog Award

DSC_02449 (2).JPG

Zabrałam się. W końcu. Liebster Blog Award trafiło mi się parokrotnie na poprzednim blogu, za każdym razem obiecywałam sobie, że się za to zabiorę i jakoś w końcu mi się nie udawało. A wystarczyło tylko odpowiedzieć na pytania i zadać kolejne następnym osobom…

Grunt, że tym razem się udało. Nominacja od Mikrożycie mnie zmotywowała. Więc jest:

1. Jaka jest Twoja ulubiona postać z Harry’ego Pottera i dlaczego?

Wielką miłością mojego dzieciństwa był Severus Snape. I nie wiem, czy to była kwestia Alana Rickmana, którego uwielbiam, fanfiction, na którym pracowicie ćwiczyłam swój angielski czy kombinacji cech charakteru, które faktycznie ma ta postać. Bo uparłam się na nią na długo przed tym, nim okazało się, że posiada ona jakiekolwiek ciepłe uczucia.

Może po prostu mam słabość do szpiegów z martyrologicznym zacięciem, którzy uparcie ratują głównych bohaterów?

2. Kim chciałaś zostać w przyszłości jako dziecko?

Marzyłam o zostaniu agentką FBI. I pisarką. Najlepiej jednocześnie!

382157ae94f64b1d34d8f8a2e2755fdb

3. Gdybyś mogła posiadać jakąś supermoc, co byś wybrała? Dlaczego?

Ciężkie pytanie.

Czytanie w myślach zawsze wydawało mi się straszną umiejętnością. Możliwość wpływania na cudze zachowania również, przynajmniej odkąd zobaczyłam Jessicę Jones.  Możliwość zmieniania kształtu to fajna zabawa. Uzdrawianie na pewno jest szlachetną ideą, a podróżowanie w czasie i przestrzeni a la Tardis to super sprawa.

Ale w filmie About Time główny bohater mógł cofać się w czasie, żeby ponownie przeżyć któryś dzień lub poprawić popełniony błąd i czasami z całego serca chcę mieć tę umiejętność. Zwłaszcza, jak zrobię coś głupiego lub czegoś bardzo żałuję.

4. Jaki film zawsze poprawia Ci humor?

Chyba nie umiem wybrać jednego filmu. Moja mama (a przy okazji i ja) wielokrotnie ogląda ulubione filmy i myślę, że – w myśl zasady, że najbardziej lubimy to, co najlepiej znamy -wybrałabym któryś z nich. Chociażby Dobry rok.

Ale mając zły humor, łapię się też na oglądaniu filmów, które lubie, a do których swojej sympatii nie mogę do końca zrozumieć, fragmentów musicali czy odcinków ulubionych seriali. Więc jak ktoś mnie kiedyś złapie na oglądaniu Laggies, pojedynczych scen z Rent czy tego odcinka Doctor Who z Van Goghiem w piątkowy wieczór to prawdopodobnie nie był to najlepszy tydzień.

5. Czy masz jakiś własny sposób na to, jak się zrelaksować po trudnym dniu? Co to takiego?

W aucie korzystam z odbywania samotnych podróży, słuchając muzyki o wiele za głośno.W domu, z muzyką w tle, robię sobie herbatę lub kawę. Sięgam po książkę, jeżeli nie jestem zbyt zmęczona, by skupić się na tym, co czytam. Jeśli nie jestem – co zdarza się po ciężkim dniu – wybieram odcinek serialu czy przyjemny film, który lubię oglądać. W sumie, przeważnie kończę, oglądając film i malując paznokcie lub kolorując.

6. Gdybyś mogła urodzić się w innej epoce, jaką byś wybrała?

Któryś buzzfeedowy quiz sugerował mi jakieś odległe epoki, ale zadowoliłabym się poprzednim stuleciem. Najlepiej jego drugą połową przeżywaną w Stanach Zjednoczonych. Nie mogę oprzeć się okresowi, w którym powstały moje ukochane książki, wiersze Wojaczka, Ginsberga czy Nerudy, Pulp Fiction, Archiwum X i Rent. Przede wszystkim, nie mogę nie wybrać okresu, w którym Cortázar mógł podróżować jednym pociągiem z Fuentesem i Marquezem, prowadząc wykład na temat jazzu trwający do białego rana.

7. Czy wierzysz w przesądy? Jeśli tak, to w jakie?

Wierzę w to, że dobre rzeczy prędzej czy później do nas wracają.

I w to, że słowa mają dużo większą moc niż nam się wydaje. I nie mam na myśli tylko tego, że w liceum zapewniałam wszechświat, że nigdy nie będę nikogo uczyć i że po skończeniu szkoły nie będę miała już żadnej styczności z fizyką tylko po to, bo pójść na uczelnię techniczną (na chemię, w dodatku!) i dorabiać sobie, udzielając korepetycji. Chodzi też o przekonanie, że nie należy mówić gorzej być nie może i wypowiadać wszystkich czarnych scenariuszy, które przychodzą nam do głowy.

8. Jakiego koloru nigdy, przenigdy na siebie nie założysz?

Większości odcieni żółtego. Ja i rzeczy w tym kolorze nie dogadujemy się ze sobą. W rezultacie, ja wyglądam jak zwłoki, które ktoś nocą wykopał na cmentarzu (nie śpiesząc się zbytnio), a ubrania jak coś, co ktoś trzymał w worku w zakurzonej piwnicy i wyjął w akcie desperacji, nie znalazłszy nic innego.

9. Koty czy psy?

Zdecydowanie psy, choć koty kocham na zdjęciach – jest coś w ich kociej naturze, co fantastycznie wychodzi na wszelkich fotografiach.

kot

Chociaż własnego psa nie oddałabym za żadne zdjęcie świata.

10. Jaka jest Twoja ulubiona pora roku? Dlaczego?

Przeważnie twierdzę, że lato, choć w gruncie rzeczy uważam, że sama jestem mocno jesienna (o czym pisałam gdzieś kiedyś i lepiej już tego nie wyjaśnię). To lato pracowicie wybielam i idealizuję wakacje z ich leniwym nieróbstwem, soczystymi owocami, kolorowymi ubraniami, eksplozjami zieleni, lodami topiącymi się na języku i burzowym niepokojem. A przez wszystkie pozostałe, niewakacyjne miesiące rozpaczliwie tęsknię do letniego światła i zawieszonego wysoko słońca.

11. Twój ulubiony film na Boże Narodzenie to…?

Bardziej temat niż konkretny film – co roku oglądam przynajmniej jedną wersję Opowieści Wigilijnej. Różnych wersji tej historii jest, myślę, kilkadziesiąt. O ile nie kilkaset…

W dzieciństwie rodzice zabierali mnie na Opowieść Wigilijną do Teatru Muzycznego. Nie pamiętam tych przedstawień zbyt wyraźnie, po tylu latach w głowie pozostaje plątanina świateł, skrawek tekstu, echo melodii, którą niemal byłabym w stanie zanucić. Pamiętam za to swój zachwyt – jeden z pierwszych, jeżeli nie pierwszy, dziecięcy zachwyt. Siedzenie z brodą opartą na dłoniach. Uważne skupienie. Niemożność zdecydowania się, czy lepiej zamknąć oczy i słuchać, czy chłonąć każdy obraz, nie zamykając ich nawet na ułamek sekundy.

Pamiętam ten zachwyt głównie wtedy, gdy trafię na jakiś koncert czy przedstawienie, gdzie gra świateł jest właśnie taka jakiej szukam, dźwięk czy obraz trafiają w tę konkretną strunę drgającą pod skórą, ruch lub melodia opierają się na tym samym rytmie, który czuję pomiędzy żebrami. Wtedy znów mam te sześć czy siedem lat, opieram brodę na rękach i za nic w świecie nie mogę się zdecydować, czy lepiej zamknąć oczy i chłonąć, czy pozostawić je otwarte, licząc na to, że obraz zapisze się trwale na rogówce.


Teraz kolej na pytania ode mnie:

  1. Co najchętniej robisz w deszczowe, niekoniecznie jesienne, wieczory?
  2. Wolisz kawę czy herbatę? Jaką?
  3. Oglądasz/czytasz daną pozycję tylko raz czy wracasz po kilka razy do filmów/książek?
  4. Jakiej super mocy zdecydowanie nie chciałabyś mieć? Dlaczego?
  5. Jaki jest twój ulubiony film, bajka czy książka z dzieciństwa?
  6. Czego słuchasz, gdy jesteś w złym nastroju?
  7. Jakiej muzyki słuchasz, mając świetny nastrój?
  8. Wolisz słońce czy deszcz? Dlaczego?
  9. Masz ulubiony serial? Jaki?
  10. Co robisz, mając do dyspozycji wolny poranek?
  11. Co obiecujesz sobie, że kiedyś zrobisz, a czego jeszcze nie zrobiłaś?

Lista polecanych blogów (i, jeżeli są LBA zainteresowane, nominowanych autorek):

Haniako

Szumowisko

Minimalnie nieskładnie

Wygadana nastolatka

Marvja

Dziewczę z liściem

Londynka

5000lib

„W nas – tłuszcze, nerwy, żyły, śluzy i sekretności. I jest nam odmówiony idiotyzm doskonałości.”

WP_20160317_16_12_49_Pro.jpg

Czy można obudzić się, wstać, w roztargnieniu założyć skórę na lewą stronę i wyjść z domu, nie zorientowawszy się? Od kilku (kilkunastu?) dni nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie robię – wierzchnia warstwa skóry z bliska przygląda się infrastrukturze żył, a najcieńsze z zakończeń nerwowych drżą pod wpływem ruchu powietrza nawet w bezwietrznych pomieszczeniach.

Przybłąkało się do mnie dziwne poczucie zmarnowanej szansy, które pojawiło się między jednym banalnym okruchem codzienności a drugim. Sprawiło, że nie wierząc nigdy w predestynację, zastanawiałam się, czy może nie jestem skazana na tę skórę? Jakbym, niezależnie od obranego kierunku, wpadała pod wciąż te same pociągi. Z uporem maniaka rozpoczynała układ taneczny od niewłaściwej stopy, by potem potykać się i tracić równowagę. W ten sposób rozmowy z kimś, z kim rozmawiam od zawsze, są chwiejne i niepewne, przypominają jazdę autem z przebitą oponą, co sprawia, że słowa sklejają się ze sobą i grzęzną w ustach. Przypadkowe dialogi z ludźmi, których nie widziałam od dawna, są lekkie i proste. Świat jest blisko, o wiele bliżej niż zwykle. Każdy promień słońca czy drzewo na horyzoncie zapisuje się w pamięci z taką wyrazistością, jakby to było pierwsze światło, pierwsze drzewo malujące się przed dopiero co otworzonymi oczyma. A jarmarczny gwar, którym karmi się ostatnio Gdańsk, w moich ustach pozostawia posmak oddalenia.

Ale ta dziwna rysa na rutynie ma swoje plusy. Zniknęła mgła. Wata dzieląca mnie od świata, choćby tymczasowo, opadła, wchłonęła się czy zniknęła gdzieś za horyzontem. Boli mnie żołądek, bo chyba odchorowuję wszelkie powroty, jest mi zimno i gorąco jednocześnie. Ale jestem, jestem tutaj. Świeci słońce. Nigdzie się nie śpieszę. Czuję powietrze na skórze, czuję się leniwa, ale jest to decyzja, a nie bierna akceptacja pochłaniającej mnie mgły. Pod panicznym pytaniem co jest ze mną nie tak?, które od jakiegoś czasu krąży po krwiobiegu, wyczuwam okruch tamtego ciepłego poczucia, że jest jak jest, a jest dobrze.

Potem, być może, to dobrze rozpłynie się we mgle i będę zastanawiać się w nieskończoność nad tym skąd przyszło i gdzie się podziało. Albo pozostanie jeszcze jakiś czas, choć na pewno nie wieczność, a ja będę pisać, czym się zachwycam czy cieszę, co ciekawego się dzieje, co kupiłam, robiłam, na co trafiłam. Ale w tej chwili nie ma co gdybać, nie chcę zagłębiać się we wszystkie możliwe tryby przypuszczające. Bo na razie słońce jeszcze świeci, na razie mam książkę, dobrą herbatę, ukochany serial. Na razie jest jak jest i jest dobrze.

Melasa

6tag_240915-215726
Znalezione na instagramie i absolutnie nie moje.

Już wkrótce wezmę się za siebie, wezmę
się w garść, zrobię porządek w szufladzie,
przemyślę wszystko do końca, zaplombuję zęby…

Co któryś poranek budzi się we mnie wszechogarniające pragnienie, żeby zwinąć się w kłębek na fotelu i, ryzykując dobrym samopoczuciem kręgosłupa, nigdzie się przez cały dzień nie ruszać. Myśl ta, oczywiście, przychodzi zawsze wtedy, gdy nie można sobie na to pozwolić. Piję więc nieśpiesznie kawę, żeby potem w pośpiechu zakładać na nogi pierwsze z brzegu buty i obiecuję sobie, że już wkrótce będzie weekend i że właśnie wtedy będę mogła czytać, oglądać dobre filmy czy odpisać na wiadomości.

A potem nadchodzi sobota. Budzę się i zamiast spodziewanej ulgi i zastrzyku energii, znajduję w sobie poczucie, że powietrze jest ciężkie. A właściwie nie tyle ciężkie, co gęste i lepkie. Gęstniejące z każdą minutą. I oddzielające mnie od wszystkiego, co – przynajmniej w teorii – powinno być w zasięgu ręki.

nie rozpraszać się, więcej pracy nad sobą, w ogóle
być sobą, być wreszcie bardziej

Wydawało mi się kiedyś, że przeciwieństwem zachwytu jest rozpacz. Dziś myślę, że te uczucia to raczej maksima i minima tej samej sinusoidy – różne od siebie, ale nie przeciwne. Że najtrafniejszym antonimem zachwytu jest dla mnie marazm – obezwładniające poczucie, że tonę w powietrzu i nie ma we mnie żadnej iskry, żadnego impulsu, by się ratować. Bierność mentalna. Stupor. Brak. Brak totalny, bo nie mam pod skórą nawet obrazu tego, czego brakuje, a więc nawet tęsknota nie istnieje.

Tęsknię za zachwytami, za palącą potrzebą robienia czegoś (nie ma, w gruncie rzeczy, znaczenia, czy chodzi o rysowanie, pisanie, oglądanie tego samego wciąż filmu do późnych godzin nocnych), za poczuciem, że coś rozpala nerwy od środka. Skąd się biorą zachwyty, te małe eksplozje energetyczne? Czemu znajduję je akurat w tych, a nie innych momentach i gdzie chowają się, kiedy nie mogę znaleźć ich pod skórą? Czy ich własnością jest to, że pojawiają się paskudnie rzadko, czy ja wciąż robię coś źle? Muszę przeżywać małe kataklizmy i wielkie rozpacze, żeby mi je potem świat wynagradzał nanosekundami zachwytu czy nie ma to ze sobą żadnego związku? Czy faktycznie poczucie, że świat pali mi się w rękach może przyjść samo bez żadnego powodu, czy może wymyśliłam sobie to wspomnienie i nie ma już dla mnie żadnych zachwytów?