Lato

6tag_170216-085505.jpg

Wydawało mi się kiedyś, że najlepszym sposobem na odczucie wszechobecnego lata jest spacer po mieście. Że niezależenie od pogody, która nad morzem bywa kapryśna i zmienna, lipiec kryje się pomiędzy zapiaszczonymi płytami chodnikowymi i plamami lodów na asfalcie.

Popołudniami przyjeżdżałam do centrum miasta, przyjeżdzałam z jego peryferii – co parę lat temu wydało się znacznie, znacznie poważniejszą wyprawą – i już na przystanku witał mnie zapach morza. Włóczyłam się z przyjaciółką po Gdyni. Stopa za stopą, przemierzałyśmy ulicę, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Mijałyśmy ludzi, którzy wracali z plaży – tych przechadzających się nieśpiesznie i tych nieco bardziej energicznych, którzy przeważnie poszukiwali restauracji i knajp. Wymijali nas ludzie wracający z pracy, różniący się ubiorem, wiekiem czy płcią, ale zawsze poważni, pogrążeni w listach spraw do załatwienia czy rachunków do zapłacenia i niesamowicie odlegli. Wiatr wiał, bo wieje zawsze. Prędzej czy później, słońce zawisało nad horyzontem. Długo patrzyło nam w oczy, na długo potem widziałyśmy mieniące się słońca na wszystkim, na czym zawiesiłyśmy wzrok. A ja wierzyłam, że to światło trwale zapisuje się na rogówce i że tak właśnie smakuje istota lata.

Dziś myślę, że to nie lipiec, a ja byłam miejska. Wycieczki po mieście kojarzyły mi się z latem, bo pozbawione pośpiechu i celu wędrówki w dobrym towarzystwie pozwalały uświadomić sobie, że naprawdę są wakacje, a ja nie muszę nic robić. Teraz lato bardziej bywa, niż jest – bo sesja, praca, dentysta, praktyki, wydatki, brak pieniędzy, który kiedyś nie doskwierał tak mocno, zajęci, zapracowani znajomi. Teraz trzeba się starać to lato dostrzegać, bo nie ma dwóch miesięcy bezruchu zmuszających do zaakceptowania tego, że jest wolne.

Teraz walczę ze sobą, żeby czasem położyć się na leżaku przed domem i przez pół godziny nie robić absolutnie nic (nic poza przybieraniem nieco bardziej zdrowego koloru). Maluję paznokcie kolorami lata i szukam sandałów przez internet. I myślę, czy nie kupić sobie bieżni. Wędruję z rodzicami po bulwarze, zwiedzając Nadmorski Plener Czytelniczy. Staram się słuchać muzyki, zamiast wciąż oglądać powtórki w telewizji. Ponownie oglądam Archiwum X. Czytam Zagajewskiego.

Teraz wydaje mi się, że najlepszym sposobem na odczucie lata jest jedzenie nektarynek – jest coś w tych przypominających małe słońce, soczystych, owocach z sokiem cieknącym po rękach, co sprawia, że lipiec zdaje się rozlewać pod skórą.

(Małe życie.)

Sny

6tag_080116-214326

Jak byłam mała, często śniłam koszmary o byciu samej w mieszkaniu, do którego właśnie ktoś się włamuje. Była to ponura, pełna przerażenia walka z powoli ustępującymi przed napastnikiem drzwiami i nie opuszczające mnie przekonanie, że porażka to tylko kwestia czasu. Nie wiem, czy to sen w rodzaju tych o spadaniu bądź byciu nagim w miejscu publicznym (obraz, który śni większość z nas, jeden z tych obrazów śnionych wspólnie, od lat) czy może efekt oglądania zbyt dużej ilości kryminałów. Może podświadomość szepcząca o rzeczach, których nie chciałam lub nie potrafiłam sobie uświadomić?

Grunt, że śniłam od czasu do czasu ten dziwny sen, przeżywałam kolejne jego wariacje, które różniły się, co najwyżej, szczegółami. Śniłam, budziłam się, przecierałam wilgotną od potu skórę, zwilżałam zbyt suche, zaciśnięte gardło i próbowałam zająć się czymś innym. Śniłam nieregularnie przez parę miesięcy (kwartałów?), a potem przestałam.

Teraz rzadko kiedy coś mi się śni. Jeśli już śnię, to później przyczepiają się do mnie na wpół wyśnione kadry, myśli przechodzące przez głowę między jednym a drugim dzwonkiem budzika. Albo, rzadziej, budzę się z poczuciem, jakbym zapomniała o czymś bardzo ważnym, z wrażeniem, jakbym przez noc goniła za czymś, czego nigdy nie zapamiętam.

Ale dzisiaj śniłam echo tamtego snu – podobne choć nie identyczne. Śniłam powrót do domu, otwarte drzwi do jednego z pokoi, wyłaniającą się zza rogu postać ciemną i groźną. Atak i swoją własną bezsilność. A potem, potem śniłam własną walkę, śniłam, że staram się bronić – bezskutecznie. Walczę, ponoszę porażkę i próbuję ponownie. I znowu. I jeszcze raz. I jeszcze. I w końcu jestem górą, jestem wygrana i bezpieczna, bo drzwi są mocne, a ja właśnie wykręcam numer na policję. I nie boję się już niczego.

Każda minuta zaciera fabułę, ciąg logiczny snu jest delikatny jak pajęcze nici i rwie się już w ułamek sekundy po obudzeniu. Pamiętam tylko to, co przykleiło się do skóry i nie dało się zmyć gorącą wodą czy zetrzeć ręcznikiem. Z resztą, nigdy nie wierzyłam w to, by sny były czymś więcej niż krzywym zwierciadłem, relacją na żywo z tego, jak próbujemy poukładać sobie wszystko, co zapisało się pod skórą w ciągu dnia. Niczym ponad kurz wirujący na wietrze, o którym zapomina się w momencie, w którym traci się go z oczu.

Ale ten jeden raz chcę wierzyć w to, że sny mówią coś o podświadomości, coś o mnie samej. I że to jest dobry, dobry znak, dowód na to, że coś się zmienia. Ja się zmieniam.

(Na deser.)

Wspomnienia

6tag_021015-172546

Jeśli o mnie chodzi, to nie smak magdalenek maczanych w herbacie, a zapach niesiony z wiatrem najskuteczniej budzi dawno zapomniane, porządnie przykurzone wspomnienia. Wystarczy ułamek zapachu – kilka zagubionych w powietrzu cząstek – a mi nagle wydaje się, że nie szukam kluczyków na parkingu Biedronki, a spaceruje po nierównym chodniku z kimś, kogo nie widziałam od siedmiu lat. I tylko później, już z kluczykami w ręce, zastanawiam się, jakim cudem pamiętam jeszcze tę wodę kolońską?

Może to kwestia tęsknoty za podróżami, może tego, że tamten wyjazd wydaje się być baśniowo odrealniony w zestawieniu z codziennością pracy i kolokwiów. Może po prostu letnie zapachy sprawiają, że wracam myślami do Azji.

Nie wiele mi potrzeba – wystarczy zapach jaśminowego ryżu, słodki aromat kwiatów na słońcu, leniwie ochładzające się, wilgotne powietrze. Wracają ulice pełne kolorów, powietrze, które klei się do skóry i wybieranie na chybił trafił nieznanych dań z menu zapisanego obcym mi alfabetem. Wraca wspomnienie spacerów, podczas których trzeba było patrzeć pod nogi, uważając na drobne talerze kwiatów wystawiane bogom w ofierze. Obrazy, które uliczni artyści sprzedawali po dziesięć dolarów (osiem, jeśli kupiło się trzy) i które naprawdę piękne okazywały dopiero powieszone na ścianie, za którą mijała polska, szara jesień. Morze, na którym widać było małe, tęczowe łódeczki rybaków, tak odmienne od szarych, bałtyckich kutrów. Zimny sok arbuzowy w wielkich szklankach pity bez pośpiechu, bo między zamówieniem, a otrzymaniem jedzenia można było parę razy obejść miasto. Marakuja soczysta jak nigdzie indziej, sok z mango cieknący po rękach. Biały piasek, hamaki pomiędzy palmami. Kawa podawana razem z dzbankiem zagęszczonego, słodzonego mleka, w którym łyżeczka zostawała w takiej pozycji, w jakiej się ją odłożyło. Zapach sosu sojowego i przypraw, posmak kolendry na języku. Dźwięk cykad kołyszący do snu, niebo z zupełnie innymi gwiazdami…

Mój boże, czemu nie mam z kim jechać na wakacje?

Lekka przesada

DSC_02331 (11)

„Iść przed siebie, albo może zostać w domu i siedzieć przy szeroko otwartym oknie, tak żeby ciepłe powietrze, nasycone dźwiękami lata, weszło do pokoju i zmieszało się z książkami, z ideami, z metaforami, z naszym oddechem. Ale nie, to także nie jest sposób, to nie jest możliwe. Można ich – tych niekończących się wieczorów – tylko żałować, kiedy już przeminą, kiedy dzień będzie coraz krótszy. Są nieuchwytne.”

Adam Zagajewski „Lekka przesada”

Jest coś kojącego w tym, jak miękko deszcz opada na szyby w deszczowe wieczory. Może to kwestia tego, że po raz pierwszy od dawna nigdzie się nie śpieszę, ale krople wydają mi się opadać ciszej, leniwiej niż ostatnio. Niebo to plama szarości za oknem, ustał wiatr, który cały dzień przetaczał się przez pełne turystów miasto, próbując podnieść brzeg sukienki.

Jest spokojnie i nieśpiesznie. Deszcz mokrymi dłońmi zasłania uszy, przytłumia warkoty silników tak, że z każdego kąta mogę słuchać piosenki idealnej na deszczowe, nieco jesienne wieczory. Pogoda jest idealna na czytanie dobrej książki w towarzystwie kubka herbaty czy wyglądanie przez okno z kubkiem dobrej kawy w ręce.

Dlaczego przeważnie włączam sobie odcinek jakiegoś serialu i przeglądam przypadkowe strony internetowe, kolorując niedbale kolejne kolorowanki? Dlaczego maluję paznokcie, pokonując kolejne poziomy w duolingo, kątem oka i bez przekonania obserwując to, co dzieje się na ekranie telewizora? Dlaczego tak rozpaczliwie ścigam się z czasem wolnym, trwoniąc spore jego ilości na rzeczy całkowicie mi zbędne? Tak jakby od ilości tego, co robię w wolnym czasie zależała jego jakość.

Między jednym a drugim sygnałem budzika można wyśnić całe galaktyki. Między dwoma zachodami słońca powstają pierwsze rozdziały książek, wiersze, zalążki przyjaźni albo, po prostu, całkiem niezłe historie. A ja oglądam telewizję. Bo nie odróżniam nie chcę od nie chce mi się. Przeważnie zwodnicza, paniczna myśl o tym, że marnuję czas, tym razem jest całkiem uzasadniona, a z leniwego grania w głupie gry na telefonie naprawdę nic dobrego nie wyniknie.

Tęsknię do czytania dobrych książek, w których zdania wydają się być tkane, a nie byle jako składane. Tęsknię do wciągających filmów czy seriali, na których płacze się lub śmieje. Do herbat pitych tak, że zapamiętuję ich smak i do kaw nie pitych w pośpiechu. Do oglądania w internecie pięknych zdjęć czy zachwycających filmików zamiast zdjęć kotów i głupawych dowcipów. Do robienia zdjęć, uważnego kolorowania kolejnych przestrzeni i poczucia, że powietrze faktycznie ma smak.

Także najwyższy czas zacząć robić jedną, góra dwie rzeczy na raz. I niech każda z tych rzeczy będzie w jakiś sposób ważny. I wracam do jogi, bo brakuje mi jej już po trzech dniach przerwy. I wracam do deszczowego wieczoru, gdzie przed sobą mam kubek białej herbaty, a w uszach melancholijną melodię.