Wolne

InstagramCapture_5b10aac4-f8cf-4c29-b7a9-ed1ad8a25a87.jpg

Ciężko się pisze, gdy nawet w głowie zdania nie układają się do końca. Słowa krążą po krwiobiegu bez ładu i składu, ale rozpierzchają się gdy tylko próbuję je uchwycić. To głównie kwestia zmęczenia, wiem o tym, ale nawet i tę myśl ciężko ubiera się w słowa.

Dopiero teraz uwalniam się od zaliczeń i egzaminów. Powoli dociera do mnie, że mogę wyplątać się z objęć Politechniki i choć przez chwilę (do poniedziałku) nie robić absolutnie nic. Więc będę chodzić na openerowskie koncerty, będę obserwować niczym nieprzesłonięte niebo i namalowane na nim chmury i najpiękniejsze na świecie zachody słońca. Będę czytać, słuchać muzyki (głównie, głównie tego) i kolorować. Będę jeść smaczne rzeczy, wydawać pieniądze i nie myśleć o niczym.

A energia wróci tak, jak wraca zawsze i wtedy znów będę pisać składnie i ładnie.

Co Wy robicie z wolnym czasem?

„Ja wiem, że pieniądze, praca, że zakupy…”

DSC_02331 (15)

Nie wiem, czy tylko mnie trafiło się takie otoczenie, ale (odkąd pamiętam) zmęczone przekonanie, że nic nie ma sensu zawsze było oznaką dorosłości. Naprawdę. Wracałam z przedszkola czy szkoły podstawowej, złoszcząc się, że coś nie jest takie, jakie powinno być i już na progu słyszałam ponure witamy w dorosłym świecie. Wiele było takich zdań – które chyba miały ostrzegać mnie przed okrutnym światem – ale to jedno szczególnie zapadło mi w pamięć.

Z kolei, w szkole zachwyt był dziecinny. Największą estymą darzono tych, którzy potrafili wzruszyć ramionami i ironicznie wykrzywić usta, słysząc krytyczną uwagę od nauczyciela. Patrzono z podziwem na tych, którzy krytykowali głupie pomysły czy wykrzywiali usta, widząc temat godziny wychowawczej. Tak jakbyśmy napatrzyli się na zmęczonych, zgorzkniałych, koszmarnie zapracowanych dorosłych, którzy gdzieś po drodze zgubili wszystko, co dla nich ważne i z tym właśnie kojarzyli dorosłość. A to przecież nie jest tak, że pozbywasz się wszystkich pozytywnych uczuć, z chirurgiczną precyzją usuwasz naiwność i nadzieję, dostajesz skórzaną aktówkę i bum, jesteś dorosły.

Ale mimo wszystko, gdzieś to przekonanie wciąż we mnie tkwi. Z resztą, pewnie nie tylko we mnie, skoro mój kolega w trakcie rozmowy o jedzeniu, nie przyznaje się do tego, że woli mieszany sos od ostrego, bo zdaje mu się za mało męski i skoro moi znajomi szukają siostrzenicy czy małej kuzynki, którą mogliby wziąć ze sobą do kina na animowany film. Sama, z resztą, trafiam na coś świetnego, czym chciałabym się podzielić (najlepiej z całym światem) i czasem – w chwili zwątpienia – gryzę się w język w obawie przed byciem wyśmianym.

A przecież zachwyt jest piękny. Jest coś niesamowitego w obserwowaniu kogoś, kto z błyszczącymi oczyma mówi o rzeczach wzbudzających w nim silne emocje. Jest coś pięknego w tym, jak zachwyt potrafi być zaraźliwy – połowę Tedtalks czy wywiadów z twórcami oglądam, ponieważ oglądanie ludzi, którzy pasjonują się tym, o czym mówią podrywa mnie z miejsca.

Zachwyt jest też cholernie trudny. Nie ma nic godnego podziwu w zmęczeniu, w powtarzaniu witamy w dorosłym świecie – wystarczy pogrążyć się w codzienności, skupić na rachunkach, finansowych oszustwach, chorobach, korupcji i niekompetentnych politykach. Każdy to potrafi. Każdemu zdarza się być zniechęconym i pełnym rezygnacji. Ale trzeba czasem naprawdę dużo wysiłku, żeby przerwać wymianę biurowych historii czy codziennych narzekań i powiedzieć czytałem tę książkę trzy razy i dalej nie mogę uwierzyć, jak świetnie jest napisana albo stałem przez kwadrans, patrząc w chmury i wydaje mi się, że może to one są naprawdę ważne.

A Ty, czym się zachwycasz?

Trochę

DSC_02331 (15)

Trochę szukam pewnego opowiadania. Piszę „trochę”, bo nie do końca wiem, jak nazwać te poszukiwania, skoro znam autora, a zbiór jego opowiadań posiadam na półce i jestem w stanie bezbłędnie odszukać go wzrokiem…

Przeczytałam kiedyś opowiadania Cortázara – kupiłam dwa tomy zebranych opowiadań i przeczytałam je wszystkie, nie zważając na to, czy już wcześniej wpadły mi w ręce, czy po raz pierwszy miałam je przed oczami. Właściwie, przeczytałam wszystkie jego dzieła, do których udało mi się dotrzeć. Część z nich nawet kilkukrotnie (jedno pewnie już kilkunastokrotnie, ale nie przyznaję się do tego zbyt głośno).

Co jakiś czas wracam do nich myślami, odszukuję fragment, który chodzi mi po głowie, otwieram którąś książkę na dowolnej stronie i szukam zdania zaznaczanego kiedyś ołówkiem. No i przymierzam się do tego, żeby kiedyś ponownie przeczytać te zebrane opowiadania jedno po drugim, dokładnie w takiej kolejności, w jakiej były wydawane. Tylko przymierzam, bo łączą się niepodzielnie z niekończącymi się autobusowymi podróżami, ołówkiem trzymanym w ręce tak, żebym w każdej chwili mogła zaznaczyć coś, co mnie zachwyciło i nieustanną próbą zsynchronizowania czasu autobusów i rozkładów z czasem opowiadań, od których i tak trzeba było się odrywać w najmniej sprzyjającym ku temu momencie. A ja praktycznie nie jeżdżę już autobusami, okazyjne podróże kolejką wpędzają mnie raczej w senność niż nastrój do lektury i to dystans, lekki dysonans, sprawia, że odkładam ten pomysł na jakieś „kiedyś”.

W każdym razie, szukam opowiadania. Pamiętam, że czytałam je, jadąc autobusem i gdzie dokładnie byłam. Wiem, który przystanek przyglądał się mi zza okna, gdy unosiłam wzrok, przewracając kartkę. Pamiętam, że wracałam do domu. Wiem, że na kolanach miałam ołówek z Ikei i książkę, wydaje mi się, że okładka była ciemnozielona (a więc tom drugi). I tylko fabuła opowiadania wymyka się kompletnie, nie pamiętam nic konkretnego. Plączą mi się po głowie tylko urywki słów, których nie da ułożyć się w zdania, a, z resztą, same słowa też na niewiele się przydają – bo co mi to da, że dziewczyna, dwie, mężczyzna, niepokój, tajemnica i atmosfera, której nawet nie umiem nazwać?

Wszystko to nie brzmi zbyt sensownie. Jest jak sen, który mamy po obudzeniu namalowany pod powiekami i który wydaje nam się bardzo, bardzo ważny, znaczący i całkowicie niemożliwy do zapomnienia. Potem, między poranną kawą a umyciem zębów, łapiemy się na tym, że ten klarowny i żywy obraz nie tyle zbladł, co kompletnie zniknął. I zostajemy z czystą czernią pod powiekami i pustymi rękami. Po głowie chodzi nam drażniąco niedopowiedziane przeczucie (wspomnienie przeczucia?) i myśl, że gdyby tylko udało się uchwycić ten sen, to może coś…

Nie wiem, czemu jestem pewna, że rozpoznam to opowiadanie, jak tylko je zobaczę – otworzę książkę na odpowiedniej stronie i, bach, będę wiedziała, że to jest to, czego szukałam. Jednocześnie nachodzi mnie wrażenie, że tej historii nie znajdę już nigdy, bo może została w którymś autobusie i że może ja wcale nie tej historii szukam, a czegoś innego, na co już nie starcza ani słów, ani przeczuć.

I to mam na myśli, pisząc, że „trochę szukam”.

(W rytm tego szukam, szczególnie.)

Każdy się czegoś boi

6tag_020616-212307

Chyba od zawsze zdarzają mi się dni (przeważnie długie łańcuchy, pasma, ciągi dni), gdy pod skórą czai się lęk. Czasem wydaje mi się, że właściwie to wszystko, co jest – lęk i skóra owinięta wokół niego szczelnie, jak balonik, który zostaje gdzieś w kącie po urodzinowym przyjęciu.

Przeważnie wiem, skąd bierze się niepokój, zdaję sobie sprawę z tego, że przejmuję się nadchodzącą sesją lub przeszłą kłótnią, faktem, że robię coś wbrew sobie lub tym, że odkładam w nieskończoność rozmowę telefoniczną czy wizytę u mechanika. Zdarza się też, że po prostu budzę się z lękiem. Budzę się i coś ciężkiego siedzi mi na żebrach, każe oglądać się przez ramię i pozostawia na języku posmak wrażenia, że zapomniałam o czymś bardzo ważnym i zaraz przez to skończy się świat.

Z resztą, z tym moim lękiem właśnie tak jest. Wszystko zaczyna się od jednej, drobnej rzeczy, a potem rozrasta się, zwiększa rozmiary, utwierdza w przekonaniu, że „na pewno będzie wojna, na pewno coś się stanie”. Jak kamyk rzucony do wody – ledwie słyszalny plusk, punkt w przestrzeni, miejsce, z którego rozchodzą się fale. Boję się, że z czymś sobie nie poradzę i to jest mały lęk, który tkwi z tyłu głowy jak drzazga. A potem zaczynam schodzić z drogi śpieszącym się ludziom, po stokroć zastanawiać się, czy mam wystarczająco dużo pieniędzy w kieszeni, żeby zapłacić za zakupy. Analizować każdą rozmowę i milczenie pod kątem tego, czy ktoś może mieć do mnie o coś pretensje i czy aby na pewno mu się nie narzucam. Trzy razy sprawdzać, czy na pewno mam w torebce najważniejsze rzeczy. Roztrząsać gafy z czasów szkoły podstawowej. Zastanawiać się, czy ból głowy nie jest przypadkiem objawem jakiejś strasznej choroby. Bać się tego, że tylko ja ciągle się czegoś lękam i na pewno jest coś ze mną nie tak.

Każdy się czegoś boi. Najlepiej się uczy na porażkach. Nie jest moją winą, że ktoś się śpieszy i wcale nie muszę go omijać. Nie ma nic strasznego w powiedzeniu „przepraszam, zabrakło mi gotówki, zrezygnuję z któregoś z produktów”. Brak wiadomości od przyjaciółki nie znaczy, że coś ze mną nie tak. Połowa rzeczy, które noszę w torebce i tak nie jest mi do niczego potrzebna, a nie wzięcie ze sobą dokumentów to naprawdę nie jest koniec świata. Nikogo nie obchodzi głupota, którą palnęłam w szkole podstawowej czy to, że dwa lata temu rozwaliłam lusterko w samochodzie. Stres jest przyczyną bólów głowy, a ja nie mam guza mózgu. Każdy się czegoś boi, tłumaczę sobie i staram się być w stosunku do siebie tak cierpliwa, jak jestem dla dzieci na korepetycjach czy, chociażby, obcych ludzi.

Lęk przychodzi i odchodzi. Miewam lepsze i gorsze dni niezależnie od tego, czy mogę wziąć swobodny, głęboki oddech, czy coś zaciska się wokół klatki piersiowej, utrudniając oddychanie. Wiem, że niepokój wynika z tego, że mój organizm próbuje mi coś powiedzieć. Wiem też, że lęk to świecące, czujne oczy w ciemności, pod których spojrzeniem wszystko staje się większe i cięższe. To, co nocami szepcze strach, powinno się traktować z dystansem. No i, przede wszystkim, nie ma sensu czekać z robieniem czegokolwiek na moment, kiedy lęk minie. Więc maluję paznokcie, zabieram się za jogę, czytam, rozmawiam z ludźmi. I powtarzam sobie, że przecież każdy się czegoś boi.