Wiosenne porządki

6tag_121215-234931
Bohater Małgorzaty Halber, oczywiście.

Raz na jakiś czas trafiam na coś, co sprawia, że wraca wciąż to samo echo, refren, zdanie przychodzące do głowy z podziwu godną wytrwałością, powtarzające się wciąż pytanie o to, co ja robię ze swoim życiem? Prawie zawsze zdanie to włóczy się za zachwytem jak bezpański pies, bo skoro coś jest tak niewiarygodnie zachwycające, że aż zapiera dech w piersiach, skoro są zdania, które potrafią być świeższe i bardziej orzeźwiające niż dotyk późnomajowej rosy na bosych stopach, skoro mimo mojego niedowierzania natrafiam wciąż na słowa, które mogę co najwyżej przeczytać na głos, nie umiejąc opisać tego, co we mnie wzbudzają… Skoro to wszystko, to przecież nie mogę utrzymywać, że wszystkie zdania zostały już wypowiedziane i nie ma nic nowego pod słońcem, nie potrafię nie pytać: czemu nie ja? co ja robię w tym czasie, gdy za rogiem rodzą się i umierają gwiazdy?

W takich momentach tykanie brzmi złowrogo, wydaje mi się, że zegary patrzą na mnie z pogardliwym politowaniem, a ja sama sobie zdaję się być nieznacząca i mała. W każdym słowie słychać echo czegoś rozpaczliwego, coś ciężkiego sadowi się nad mostkiem. Zaczynam się zastanawiać, czy jest sens robić cokolwiek, skoro wszystko, co robię jest takie nijakie i ta myśl ciągnie się i ciągnie się, jak guma przyklejona do nowego buta…

A ponieważ jeszcze nigdy nic dobrego nie przyszło z panicznego odliczania czasu, wzięłam się za sprzątanie. A żeby nie robić tego w rytm wewnętrznej mantry i nie odkurzać, powtarzając pod nosem, że marnuję czas, marnuję czas, który ucieka, wzięłam słuchawki. A że moją nową wielką (czyli balansującą na granicy obsesji) miłością został hiphopowy musical, to wybór ścieżki dźwiękowej nie należał do najtrudniejszych.

Nigdy w życiu tak dobrze mi się nie myło podłóg, naprawdę. A dla podkreślenia wielkości tego zaskoczenia, warto powiedzieć, że pani domu będzie ze mnie średnia, w roli opiekunki ogniska domowego lepiej sprawdziłby się ktokolwiek inny i generalnie nie uważam sprzątania za coś, o czym powinno się robić programy telewizyjne. Ale kurczę, jeśli kiedyś okaże się, że moja studia faktycznie są bezsensu, a wszystkie obecnie istniejące plany B trafi szlag, to z takiego mycia podłóg też mogłabym mieć niezłą frajdę. Dajcie mi tylko mopa i dobrą ścieżkę dźwiękową.

(Taką o. Bo kocham strasznie ❤)

To, co lubię

DSC_0557

Małe rzeczy. Nic, z powodu czego można by umrzeć, ale coś, dla czego warto żyć. Czasem się przydają – rozpraszają ciemność tak samo jak maleńkie płomyki wielu świec.

Strasznie łatwo zapominam o tych wszystkich drobiazgach, które tak skutecznie ratują mi życie, gdy wszystko wydaje się szare i pozbawione zalet. Wypadają mi z głowy, gdy tylko wstanie słońce, kiedy jest odrobinę lepiej i nieco lżej. Wtedy zajmują mnie rzeczy ważne, w jakikolwiek sposób porywające, kolorowe i głośne, podczas gdy drobiazgi giną w tłumie. A to o nich powinno się przecież mówić najczęściej, bez przerwy mieć je w zasięgu wzroku – jak samoprzylepne żółte karteczki z przypomnieniem, że świat nie jest, a tylko bywa okropny.

Także czas na pierwszy plik tęczowych kartek:

#1  Kawa. Najlepiej z ekspresu lub dobrej kawiarni. Pita z kimś, w przerwach między zdaniami, nad notatkami, pomiędzy żartami i uśmiechami. Lub pita samotnie, z ulubionego kubka, który trzymam w dłoniach i z którego popijam ciepłą kawę małymi łykami. Także sam proces przygotowywania kawy – podgrzewanie mleka, pół łyżeczki cukru dla smaku. Uruchamianie ekspresu. Czy chociażby wypatrywanie wzorów z piany na powierzchni kawy.

#2 Ten moment, kiedy słońce jest już za horyzontem, ale na bezchmurnym niebie wciąż widać delikatnie rozmazaną tęczę. To jakby plama oleju rozmazana nad drzewami. Nie spektakularna mieszanina oranżów i róży, z jaką utożsamiamy zachody słońca, a wieczorny niebieski nieba przechodzi w zieleń, pastelowy pomarańcz, róż i fiolet dotykające czarnego zarysu drzew pobliskiego lasu. Obraz nigdy nie dający się do końca opisać czy uchwycić na zdjęciu, ale zdecydowanie zachwycający.

#3 Musicale. Niezbyt doceniany gatunek, który większości ludzi kojarzy się z tandetnymi, infantylnymi piosenkami czy filmami Bollywood. A przecież jest coś takiego w połączeniu muzyki i obrazu, co, całkiem dosłownie, potrafi być zapierające dech w piersiach. Przedstawienie czy film oglądane z szeroko otwartymi oczami, poczucie, że mrugając mogę stracić coś pięknego. A potem nucone tygodniami piosenki: walc z Evity, La vie Bohème z Rent, Brend New Day z Dr. Horrible’s Sing-Along Blog, Hamilton, Javert’s Suicide

#4 Nowe książki. Niekoniecznie fizycznie nowe, dopiero co wydrukowane, ale na pewno po raz pierwszy pojawiające się w rękach. Opór przy odchylaniu okładki, strona tytułowa, cytat bądź dedykacja. Pierwsze słowa, historia rysowana przed moimi oczyma. Ale też przeglądanie książki, otwieranie na różnych stronach i czytanie słowa czy dwóch, całego zdania. Świadomość, że wyrwane z kontekstu wyrażenie prędzej czy później nabierze sensu (a potem ciche „aha”, gdy dotrę do tego wcześniej niezrozumiałego fragmentu i rozpoznam go).

#5 Pomalowane paznokcie. Dzień może być szary i ponury, a ja ubrana w znoszony sweter, brudne trampki, ale pomalowane na czerwono paznokcie pozwalają jakoś łatwiej to znieść. I to lakier do paznokci – czerwony, różowy, niebieski czy fioletowy – rzuca się w oczy, gdy dłonie są na kierownicy czy klawiaturze, trzymają pióro, książkę czy kubek kawę.

Co jeszcze?

Małe rzeczy. Nic, z powodu czego można by umrzeć, ale coś, dla czego warto żyć.

Dni wolne

cropped-8-9.jpg

Mam wolne piątki. To znaczy, po nieco karkołomnych kombinacjach udało mi się tak rozplanować swój tydzień, żeby nie mieć tego dnia zajęć, pracy czy korepetycji. Dzień wolny! Cały dzień na czytanie książek, malowanie paznokci, sen, jogę, zakupy czy cokolwiek innego, co mi przyjdzie do głowy. Pięknie, prawda?

No nie do końca.

Dość szybko okazało się, że mój wolny dzień jest wolny tylko w teorii. Bo powinnam zacząć robić prezentację na seminarium i sprawozdanie. Bo muszę posprzątać, pouczyć się, powtórzyć wreszcie słówka z hiszpańskiego. Bo miałam umyć samochód, przygotować sobie jakieś zdrowe i ładne śniadanie w rodzaju tych, które widuję na Instagramie (no bo, tłumaczę sobie, parówki są niezdrowe, nieekologiczne, mają za dużo soli i robi je się z biednych zwierząt i papieru toaletowego). Nie mówiąc już o tym, że od miesięcy przymierzam się do tego, żeby odświeżyć swoją znajomość francuskiego, zacząć uprawiać jakiś poważny sport typu bieganie i może wreszcie stać się istotą bardziej społeczną.

Robiłam więc część tego, co powinnam była zrobić. I zostawała mi godzina czasu faktycznie wolnego, którą próbowałam maksymalnie wypełnić tymi wszystkimi rzeczami, które chciałam zrobić w czasie wolnym. Albo pół dnia nie robiłam nic, walcząc z wyrzutami sumienia i poczuciem, że marnuję czas. Zegar tykał, patrzył na mnie z wyrzutem. Czas się kurczył, znikał nie wiadomo kiedy i jak, i znów przychodził poniedziałek. A ja byłam coraz bardziej zmęczona i zniechęcona.

No i przyszedł czas na rachunek sumienia.

Absurdalnie oczywisty fakt #1: jeśli po odpoczynku czuję się jeszcze bardziej wyczerpana to znaczy, że robię coś źle. Nauka nie jest formą odpoczynku – nie i już; choćbym kochała chemię organiczną, publiczne prezentowanie i przegrupowania benzydynowe to i tak powinnam od tego co jakiś czas odpoczywać. Sprzątanie nie jest formą odpoczynku – odkurzanie jest na pewno lepszym zajęciem niż bezmyślne jedzenie chipsów na kanapie, ale nie polubię go tylko z tego powodu. Zamartwianie się tym, jak marnuję czas to nie relaks. Bezmyślne przeglądanie głupich obrazków w internecie również nie pomaga ładować akumulatory. Po prostu nie i już.

Nieco mniej oczywisty fakt #2: multitasking męczy. Dalej nie potrafię się z tym pogodzić, ale robienie kilku rzeczy na raz męczy bardziej niż gdybym robiła je jedną po drugiej. Jednoczesne robienie pięciu rzeczy, które uznaję za relaks, nie zwiększa ilości energii. Co znaczy, że malowanie paznokci w czasie oglądania filmu, gdy jednym okiem zerkam na notatki to nie jest odpoczynek. Ani nauka. A paznokcie przeważnie wychodzą krzywo.

Oczywisty fakt #3: robienie rzeczy, o których wydaje mi się, że powinnam je robić to marnotrawstwo. I na pewno nie relaks. Lubię jogę. Nie jestem jestem, niestety, jej fanatyczną miłośniczką, ale wolę ją od biegania (milion, miliard razy bardziej wolę). Więc, na litość boską, czemu mam do siebie pretensje, że nie spędzam wolnych dni na bieganiu? I czemu mi się wydaje, że powinnam spędzać piątkowe wieczory w jakimś sopockim klubie, którego nawet nie lubię? Co złego mogłoby być w tym, że lubię parówki?

I, w gruncie rzeczy, w tym tkwił problem. Uparłam się, żeby zmaksymalizować korzyści płynące z posiadania wolnego dnia, skupiłam na idei produktywności i strasznie chciałam zrobić wszystko na raz. Nie pierwszy raz, z resztą.

Odpoczywanie to nie jest najprostsza rzecz pod słońcem, nie dla mnie. Odpoczywanie nie jest dla mnie czymś naturalnym i oczywistym, nie jest to nawyk ani odruch. Potrzebuję świadomego zaplanowania dnia, potrzebuję powtarzać sobie, że relaks jest ważny, nieładowane baterie się wyczerpują, a zmęczony człowiek to nieszczęśliwy i niezbyt produktywny człowiek. Dlatego pytam siebie z wyprzedzeniem: co chcę robić w wolny dzień?

A co Wy będziecie robić dzisiaj/jutro/w najbliższym wolnym dniu?

 

Początki

6tag_150516-194259

Nie umiem zaczynać.

Naprawdę, nie umiem. Mam tendencję do odwlekania, odkładania na później wszystkich możliwych początków. Nie ma znaczenia, czy na wykonanie danego zadania mam tydzień czy dwa miesiące – zawsze będę kończyć je na ostatnią chwilę. Nie czuję się wystarczająco przygotowana do zaczynania, więc odwlekam, odwlekam, odwlekam. Odliczam godziny, negocjuję sama ze sobą, spycham rzeczy do zrobienia w najdalsze zakamarki umysłu. I jeszcze trochę odwlekam. Planuję na poważnie zabrać się za coś. Przymierzam do czegoś innego. W pełni świadoma bezsensowności swojego zachowania, regularnie powtarzam, że będę odchudzać się od jutra. Czekam na moment, kiedy będę wiedziała wszystko i bez problemu zrobię coś perfekcyjnie. W gruncie rzeczy, czekam na znak, łunę światła wskazującą właściwy kierunek, coś na kształt jaskrawego neonu głoszącego tak, teraz! To jest twoje powołanie! Nawet (zwłaszcza?) do idei czasu na odpoczynek zabieram się jak do jeża, w nieskończoność odkładając czytanie książki czy malowanie paznokci.

Niesamowite, jakie wygodnie gniazdko można sobie uwić w bliżej niesprecyzowanym momencie w przyszłości, który byłby naprawdę cudowny, gdyby nie to, że nie ma absolutnie żadnych szans na zaistnienie. Więc zaczynam, tym razem zaczynam. Bo czekanie na przypływ inspiracji nie przynosi żadnych rezultatów. Bo nie nadejdzie taki ranek, gdy obudzę się bladym świtem uzbrojona w motywację do tego, by zacząć zmieniać świat.

Dlatego właśnie uczę się zaczynać.